...jako zwodziciele, a jednak prawi” (2 Kor 6,8)

Odpowiedź na pismo G. Kluge „Grupa Holic – opis sekty”

(fragmenty z Biblii cytowane wg tłumaczenia Biblii Tysiąclecia wydanie IV)

WPL – oznacza polskojęzyczną wersję opracowania G. Kluge



SPIS TREŚCI

I. Uwagi wstępne

II. „Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego...” (1 Kor 3,11)
Odnośnie: „Jak powstała grupa?”

III. „Nie głosimy bowiem siebie samych, lecz Chrystusa Jezusa” (2 Kor 4,5)
Odnośnie: „Czego naucza grupa?”

A. „Uważaj na siebie i na naukę...” (1 Tm 4,16)
Odnośnie: „Ocena ogólna”

B. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca.” (J 14,9)
Odnośnie: „Obraz Boga”

Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni.” (J 8,36)
Ekskurs: Rozumienie zbawienia

C. „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał”(J 1,10)
Odnośnie: „Światopogląd”

D. „A więc nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2,19)
Odnośnie: „Obraz wspólnoty”

E. „Słowo Boże niech mieszka w was obficie!” (Kol 3,16)
Odnośnie: „Stosunek do Biblii”

F. „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty Ojcze we mnie, a ja w Tobie” (J 17,21)
Odnośnie: „Stosunek do innych wspólnot chrześcijańskich”

IV. „Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam” (J 20,21)
Odnośnie: „Jak grupa werbuje nowych członków?”

A. „Oni zaś poszli i głosili ewangelię wszędzie” (Mk 16,20)
Odnośnie: „Gdzie się werbuje?”

B. „O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody” (Iz 55,1)
Odnośnie: „Kogo się werbuje?”

C. „Nie jesteśmy bowiem jak wielu, którzy kupczą słowem Bożym, lecz ze szczerości, jak od Boga mówimy w Chrystusie przed Bogiem” (2 Kor 2,17)
Odnośnie: „Jak się werbuje?”

Ekskurs: Moon is not the Son!
Parę uwag do książki Stevena Hassana „Ausbruch aus dem Bann der Sekten” („Uwolnić się z sekty”)

V. „A Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich...” (1 Tes 3,12)
Odnośnie: „Jak żyje się w Grupie?”

A. „Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.” (1 Kor 12,27)
Odnośnie: „Wspólnota”

1. „W Antiochii też po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami.” (Dz 11,26)
Odnośnie: „Nazwa i samookreślenie Grupy”

2. „...albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście.” (Mt 23,8b)
Odnośnie: „Struktura wewnętrzna Grupy”

3. „Przez Niego więc składajmy Bogu ofiarę czci ustawicznie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię.” (Hbr 13,15)
Odnośnie: „Nabożeństwa w Grupie”

4. „Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne.” (Dz 2,44)
Odnośnie: „Formy spędzania czasu”

5. „Wobec obcych postępujcie mądrze, wyzyskując każdą chwilę sposobną.” (Kol 4,5)
Odnośnie: „Kontakty z otoczeniem”

6. „Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,17)
Odnośnie: „Wykluczenie nieposłusznych członków”

B. „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto <wszystko> stało się nowe” (2 Kor 5,17)
Odnośnie: „Pojedynczy członek”

1. „Nikt walczący po żołniersku nie wikła się w kłopoty około zdobycia utrzymania, żeby się spodobać temu, kto go zaciągnął.” (2 Tm 2,4)
Odnośnie: „Spędzanie czasu”

2. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.” (Rz 12,2)
Odnośnie: „Moralne wytyczne, którymi należy kierować się w życiu”

3. „Wdrażaj chłopca w prawidła jego drogi, a nie zejdzie z niej i w starości.” (Prz 22,6)
Odnośnie: „Stosunek do dzieci w Grupie”

4. „Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy.” (1 Tes 2,8)
Odnośnie: „Wspólnota zamiast sfery prywatnej”

5. „zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, ..., pełni wdzięczności.”
Odnośnie: „Wiara i usposobienie członka sekty”

6. „Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi.” (Rz 12,18)
Odnośnie: „Stosunek do otoczenia”

VI. „…i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi.” (Dz 1,8)
Odnośnie: „W jakich okolicach działa Grupa?”

VII. „... lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka.” (2 Kor 4,2)
Odnośnie: „Jak należy ocenić Grupę?”

VIII. „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy.” (J 7,24)
Odnośnie: „Co można zrobić?”

A. „Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej...” (Flp 1,27)
Odnośnie: „Jak Grupa zapobiega ewentualnej krytyce?”

B. „Nie możemy niczego dokonać przeciwko prawdzie, lecz dla prawdy” (2 Kor 13,8)
Odnośnie: „Jak można się zachować?”

IX. „Jedni dali się przekonać o tym, co mówił, drudzy nie wierzyli” (Dz 28,24)
Odnośnie: „Przykładowe relacje członków”

X. „Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!” (1 Tes 5,21)
Uwagi końcowe


I. Uwagi wstępne

Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. (Mt 5,11-12)

Jako chrześcijanie przyzwyczailiśmy się już do tego, iż przedstawia się nas w krzywym zwierciadle. Nie powinno nam zatem przeszkadzać, iż różni „eksperci do spraw sekt” uczynili z nas materiał badawczy, szczególnie, że to, co pisze się o naszym życiu i nauce, może stać się pobudką do zastanowienia dla osób szukających prawdy.

Ponieważ niektóre czynione nam zarzuty są ewidentnie niezgodne z prawdą, uznaliśmy za wskazane, aby sporządzić sprostowanie, które pozwoliłoby zainteresowanym poznać zdanie obu stron. Aby umożliwić czytelnikowi obiektywne porównanie, nasze sprostowanie zbudowane zostało w oparciu o opracowanie pana Kluge. Chcemy w nim przede wszystkim skupić się na kwestiach dotyczących nauki, nie będziemy więc zajmować się z osobna każdym absurdalnym zarzutem. Prawda mówi sama za siebie.

Od momentu, kiedy powstało opracowanie „Grupa Holic...”, pan Kluge poczynił w nim szereg zmian. W obiegu znajdują się więc różne jego wersje. Niektóre z naszych wypowiedzi odnoszą się do wcześniejszej z nich. Zdecydowaliśmy się jednak zachować te fragmenty, ponieważ starsze, wycofane już zarzuty są nadal jeszcze kojarzone z nami.

Niestety, nie jesteśmy w stanie reagować na bieżąco na kolejne porcje subiektywnych informacji publikowane przez pana Kluge. Jesteśmy w większości czynni zawodowo, a nie chcemy z powodu takich zarzutów zaniedbywać spraw naprawdę istotnych. Czas jest zbyt ograniczony, aby od razu reagować na każdą zmianę zaistniałą w piśmie pana Kluge.

Ze względu na to, że struktura naszego sprostowania odzwierciedla opracowanie pana Kluge, znajdzie się w nim, jak to ma miejsce w pierwowzorze, wiele powtórzeń. Bez znajomości pisma pana Kluge, wiele odnośników może okazać się niezrozumiałych. Jest ono dostępne w Internecie. Uważamy jednak, że – obojętnie, czy czytelnik zna już oskarżające nas pismo, czy też nie, będzie w stanie ocenić, że jesteśmy wspólnotą Bożą.

My”– kim jesteśmy? Jak to wielokrotnie stwierdza w swoim tekście pan Kluge, całkowicie odrzucamy przyjęcie jakiejkolwiek nazwy, z tej prostej przyczyny, że nie chcemy być nikim innym niż chrześcijanami (Dz 11,26), uczniami Jezusa (Dz 6,7), ludźmi Drogi (Dz 9,2; 24,14), świętymi (Rz 1,7), braćmi (Dz 1,15), Wspólnotą Chrystusa (Rz 16,16), dziećmi Bożymi (J 1,12)... W różny sposób Biblia nazywa ludzi, którzy naśladują Jezusa. A to właśnie chcemy robić - naśladować Jezusa - niczego więcej i niczego mniej. To jest nasze życie, nasz cel. Używanie jakiejkolwiek nazwy oddziela nas od naszego Pana. Chcemy Jezusa i nikogo więcej. Jedynie wspólna decyzja, aby żyć jako chrześcijanie, trzyma nas razem. W obliczu prawa jesteśmy jedynie grupą przyjaciół, nie jesteśmy żadnym stowarzyszeniem, żadną wspólnotą religijną albo jakimkolwiek innym związkiem. Nic innego nie powinno nas wiązać ze sobą niż miłość do Boga i do braci.

II. „Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego...” (1 Kor 3,11)
Odnośnie: „Jak powstała grupa?”

Założycielem i przewodnikiem jest tylko i wyłącznie Jezus Chrystus. „Grupa” (oczywiście, nie nasza konkretna wspólnota, ale Kościół, którego jesteśmy częścią) powstała w maju 30 roku n.e. (bliżej można przeczytać w Dz 2). W biegu zmieniającej się historii Jezus ciągle wołał ludzi, aby go naśladowali. Nie jesteśmy pierwszymi, ani też nie ostatnimi chrześcijanami.

Bóg ciągle powołuje ludzi, nie powinno więc być niczym nadzwyczajnym, że też na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku spotkali się w Wiedniu chrześcijanie. Nie chcieli już odtąd żyć sami dla siebie. Nikt z nich nie miał wtedy zamiaru, aby stworzyć „Grupę”. Ta myśl była nam całkiem obca. Zamiary stworzenia własnej grupy czy wspólnoty widzielibyśmy jako wyraz ludzkiej pychy. Wolą Bożą jest jedność wszystkich wierzących. Szukanie rozłamów i zarozumiałość są w Nowym Testamencie ostro krytykowane (np. 1 Kor 1,10-13). Chrześcijanie nie szukają oddzielenia od reszty wspólnoty, ale jedności ze sobą nawzajem. Podobnie też my na początku mieliśmy nadzieję, że znajdziemy wspólnotę. Znaleźliśmy jedynie pojedynczych chrześcijan. Wszystkie wyznania, duże czy małe, z którymi mieliśmy styczność, stawiały swoją własną tradycję ponad naukę Jezusa i apostołów. Pytania i wątpliwości oparte na Biblii były odrzucane (najbardziej przez tych tzw. „wiernych Biblii”). W takim wypadku po kilku latach musieliśmy przyjąć, że na obszarze geograficznym, w którym żyjemy, nie ma wspólnoty wierzących i że my byliśmy tymi, których daremnie szukaliśmy w Wiedniu: wspólnotą Bożą.

Zamieszkanie we wspólnym mieszkaniu (co następnie zrobiliśmy) i założenie grupy, to dwie całkiem inne rzeczy, których nie powinno się ze sobą mylić. Większość braci i sióstr nie pochodziła z Wiednia i mieszkali w rozproszeniu w różnych miastach. Nie było też żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy się spokojnie spotykać. To, że Gottfried nie mieszkał wraz z innymi w tym mieszkaniu ma proste wyjaśnienie: jako jeden z niewielu wiedeńczyków posiadał tam własne mieszkanie, które, na dodatek, leżało dość blisko mieszkania wspólnoty.

Ciągłe powracanie do rewelacji o dużym, połatanym plecaku wypchanym torebkami i spodniach ze skóry (?!), opublikowanych w 1982 r. przez pragnącego wzbudzić sensację dziennikarza może dowieść, że nie ma u nas tych rzeczy, których chciałby dopatrzyć się świat: nie ma skandali seksualnych, przestępstw kryminalnych, oszustw podatkowych i brudnych pieniędzy; jedynie nieszkodliwe „woreczki foliowe”... Przynajmniej raz coś innego niż te wszystkie zbrodnie popełniane na przestrzeni wieków w imię Jezusa przez różne „kościoły“; zbrodnie, które miliony ludzi przypłaciło życiem i utratą wolności.

Nieprawdą jest, że celem kontynuowania przez niektórych braci studiów na fakultecie teologicznym było jedynie zbieranie informacji przeciwko „innym kościołom”. Teologia jako mowa Boża, chociażby tylko na poziomie naukowym, ma wielką wartość. Jest tylko wielką szkodą, że większość teologów nie chce naśladować Boga, którego słowa zgłębiają.

Jeżeli chodzi o „ekspansję” na teren różnych krajów ówczesnego bloku wschodniego, trzeba powiedzieć, że większość ówczesnych wydarzeń była zupełnie przez nas nie zaplanowana. Bóg poprowadził nas do ludzi z tych krajów. Jeżeli ktoś chce widzieć w tym jakąś szczególną strategię, to nie chodzi tutaj o strategię stworzoną przez nas.

III. „Nie głosimy bowiem siebie samych, lecz Chrystusa Jezusa”
(2 Kor 4,5)

Odnośnie: „Czego naucza grupa?”

A. „Uważaj na siebie i na naukę...” (1 Tm 4,16)
Odnośnie: „Ocena ogólna”

Jesteśmy świadomi, że pan Kluge miał do czynienia z nadzwyczaj ubogim zbiorem źródeł.

Z tego powodu można mu po części wybaczyć, że opacznie przedstawia naszą naukę. Z drugiej strony widać jednak, że po prostu szukał u nas tego, co negatywne. Rzeczy, które zasadniczo są pozytywne przedstawia bowiem również jako godne krytyki.

Metoda autorytatywnego przytaczania pojedynczych wypowiedzi, często pochodzących z niepewnych źródeł, jako reprezentujących „nauczanie grupy”, jest niepoważna i niegodna teologa. Gdybyśmy oceniali katolików i protestantów według tego, co usłyszeliśmy z ust niektórych ich członków, to rezultat wypadłby dużo bardziej upokarzająco, niż wypada na podstawie oficjalnych dokumentów kościelnych. Zasadniczo oczekujemy od każdego brata, że będzie dobrze znał naukę biblijną, ponieważ jest odpowiedzialnością każdego wierzącego, aby był w stanie we właściwy sposób przekazywać ją innym. Zdarzały się jednak z pewnością sytuacje, w których niektórzy bracia nie byli w stanie dojrzale wyjaśnić niektórych nauk lub też wyrazili myśli, z którymi nie zgodziłaby się reszta. Prawdopodobnie jednak jeszcze częściej zdarzało się, że nasi rozmówcy zrozumieli coś niewłaściwie, bądź, ze względu na negatywne nastawienie, chcieli doszukać się czegoś niewłaściwego. Posiadając wykształcenie teologiczne, pan Kluge powinien był podejść bardziej obiektywnie do źródeł, z których korzystał.

Nawet, jeżeli panu Kluge trudno znaleźć jakiś pozytywny cel, bądź naukę jaką się kierujemy, na pewno tym, co nas motywuje, nie jest chęć odrzucenia innych, lecz myśl apostoła Pawła:

Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę.

I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim - nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze - przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach - w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa... (Flp 3,7-12)

Chęć poznania Boga w Chrystusie jest tym, co nas motywuje do zajmowania się Biblią i do dzielenia się Słowem we wspólnocie z braćmi. Jest to smutne, że wielu, którzy zwą siebie chrześcijanami i kościołem nie dba o to, co zostało nam objawione przez Boga, a ich nauka

i praktyczne życie zaprzeczają temu, o czym możemy przeczytać w Nowym Testamencie. Przemilczanie tego byłoby z naszej strony wyrazem obojętności.

Nasze poparcie dla Jezusa prowadzi do tego, co Kluge wyrzuca nam jako „wrogość w stosunku do innych chrześcijan i kościołów". Nie chodzi nam o krytykę dla krytyki, lecz o miłość, poprzez którą chcemy pokazać innym, gdzie zbłądzili. Kto widzi niebezpieczeństwo i nie ostrzega przed nim, czyni siebie samego winnym.

Jeśli powiem bezbożnemu: Z pewnością umrzesz, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew. (Ez 3,18)

Jeżeli uznaje się za słuszną działalność Jana Chrzciciela, Jezusa, czy apostołów, którzy często ostrzegali ludzi przed sądem i potępieniem Bożym, dlaczego wzbudza to taki sprzeciw, gdy słyszy się to – nie bezzasadnie – na własne uszy?

Niestety, właśnie w piśmie pana Kluge widać tę opozycyjną postawę, która jest znamienna dla „chrześcijańskiego” średniowiecza. Jak sam stwierdza, nie stanowilibyśmy dla niego problemu mimo naszych poglądów na chrześcijaństwo, nawet jeśli uważa je za błędne, gdybyśmy tylko nie mówili jasno, że inni się mylą, oraz że otaczający nas świat nie jest chrześcijański i nie prowadzi ludzi do Boga.

Na szczęście minęły już czasy, kiedy wielkie „kościoły” prześladowały swoich przeciwników przy pomocy wojen krzyżowych, tortur, stosów, a w łagodniejszych przypadkach skazywania na wygnanie i pozbawiania majątku. To właśnie ta wrogość charakteryzowała przez stulecia tych, którzy aż do dziś podają się za prawdziwych reprezentantów chrześcijaństwa i miała wpływ na to, że imię Chrystusa wplątane zostało w najgorsze zbrodnie.

Z waszej to bowiem przyczyny - zgodnie z tym, co jest napisane - poganie bluźnią imieniu Boga. (Rz 2,24)

Z pewnością nie mamy opozycyjnej postawy w stosunku do innych chrześcijan, wręcz przeciwnie - cieszymy się z każdego brata, którego możemy poznać. Duch Boży prowadzi wszystkich chrześcijan z różnych środowisk do Jedności Ciała Chrystusowego.

Nie jesteśmy żadnym nowym Kościołem. Dlatego widzimy to jako pochwałę, że „nic nie wiadomo o pozytywnej inwencji własnej“, co się tyczy doktryny. Trzymamy się “pozytywnych inwencji” Jezusa, Piotra, Jana, Pawła, Barnaby i Jakuba, w skrócie: Nowego Testamentu.

Nie wstydzimy się tego, iż przejmujemy i ciągle na nowo rozważamy to, co wcześniejsze pokolenia właściwie poznały na temat np. Trójcy Świętej, nauki o łasce, rzeczywistej obecności Chrystusa w wieczerzy Pańskiej, itd. Co zarzuciłby nam pan Kluge, gdybyśmy byli „teologicznie kreatywni”, jak np. Świadkowie Jehowy, którzy zaprzeczają Bóstwu Jezusa, a tym samym odrzucają także Trójcę Świętą, i którzy widzą w Jezusie jedynie Michała archanioła? Teologiczna kreatywność ma swoje granice w prawdzie objawionej przez Boga. Kto przekracza te granice, jak np. wspomniani Świadkowie Jehowy, oddala się od chrześcijaństwa. W pewnych sprawach jednak, niezależnie co byśmy zrobili, dla pana Kluge warte jest to krytyki.

Stwierdzenie pana Kluge, o braku zainteresowania dyskusjami teologicznymi (skąd zaczerpnął on taką informację?), nie zgadza się z jego opinią o dosyć wysokim, panującym u nas, poziomie teologicznym.

Zgadzamy się z trzema wielkimi wyznaniami wiary starożytnego Kościoła (wyznaniem apostolskim, nicejsko-konstantynopolitańskim i symbolem atanazjańskim), ponieważ odzwierciedlają one autentyczną naukę apostołów. Nie zmienia to jednak faktu, że w czasie formułowania owych symboli (III-V w.) oddalono się już w wielu punktach od zasad pierwotnego Kościoła.

Doktryna i życie tworzą jedność. Teologia bez dążenia do świętości jest bluźnierstwem. Koncentracja jedynie na etycznym prowadzeniu życia bez podstaw teologicznych prowadzi do humanistycznej koncepcji wiary i oddalenia od Boga. Jesteśmy świadomi, że lenistwo w myśleniu niszczy także podstawy moralności. Chcemy miłować Boga także całym naszym rozumem (Mt 22,37). Zajmowanie się nauką nie jest zadaniem jedynie kilku osób z teologicznym wykształceniem. Każdy chrześcijanin stara się zrozumieć objawienie Boże na ile jest to możliwe, każdy według daru, jaki otrzymał, w pokorze pełnej wdzięczności i świadomości tego, że Bóg objawił to maluczkim (Mt 11,25).

B. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca.” (J 14,9)
Odnośnie: „Obraz Boga”

W starszej wersji swojej pracy pan Kluge uczynił nam zarzut posiadania starotestamentowego obrazu Boga, porównując nas do Świadków Jehowy. Pozytywne jest to, że zrezygnował później z tego sformułowania. Świadczy to jednak o nieznajomości zarówno Starego Testamentu, jak i naszej nauki. Nie godzi się używać takich obiegowych zarzutów, bez uprzedniego ich sprawdzenia.

Cieszy nas też, że nasz krytyk, mimo wszystko przyznaje, że jesteśmy „bardzo bogobojni”. Mamy świadomość, że w wielu punktach jesteśmy jeszcze bardzo niedoskonali i nie oddajemy Bogu czci, która by Mu się należała.

Bogobojność i miłość Boga wcale nie stoją ze sobą w sprzeczności. Znajdujemy je obie zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie.

Pwt 6,5: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. i Hbr 2,3: ..jakże my unikniemy [kary], jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie? Było ono głoszone na początku przez Pana, a umocnione u nas przez tych, którzy je słyszeli... są tylko przykładami starotestamentowego przykazania o miłości do Boga i nowotestamentowego fragmentu o konsekwencjach nieposłuszeństwa.

Prawdziwa bojaźń przed Bogiem (nie strach przed karą, lecz szacunek i cześć) oraz miłość są dwoma nieodłącznymi aspektami żywej relacji z Bogiem.

Kluge nie zarzuca nam już wprawdzie starotestamentowego obrazu Boga, lecz obraz, który „nosi silne piętno legalizmu” (w WPL: „bardzo formalny”). Określenie to odnosi się do problemu, jaki sygnalizują już autorzy Nowego Testamentu, mianowicie do koncentracji niektórych chrześcijan na drobiazgowym wypełnianiu przepisów prawa starotestamentowego. Natchnieni autorzy krytykują jednak u nich zazwyczaj coś zupełnie innego od praktyki naszej wspólnoty: formalizm, jakim przesiąknięte było prawo żydowskie, a ściślej sposób, w jaki interpretowali je faryzeusze. Znali oni liczne przykazania, jak np. przepisy o czystości rytualnej, przepisy dotyczące dozwolonych pokarmów i ofiar, w mniejszym wymiarze również przepisy dotyczące ubioru, dalej również przykazanie obrzezania i przestrzegania rozmaitych świąt oraz szabatu. Kto chciałby się zająć tym dokładniej, może przeczytać przede wszystkim Księgi: Kapłańską i Liczb (3 i 4 Księga Mojżeszowa).

Kto określa dążenie do świętości, które przenika wszystkie sfery życia, mianem „trzymania się prawa”, pokazuje, że obce jest mu życie w naśladowaniu Jezusa. Właśnie do chrześcijan w Galacji, będących pod wpływem tendencji judaizującej (czyli skłonnych żyć według prawa żydowskiego), apostoł Paweł pisze w Gal 5,24: A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami.

Naśladowanie Jezusa i życie w wolności od prawa starotestamentowego oznacza odwrócenie się od grzechu, namiętności i pożądań. Chrześcijańskie życie to zawsze życie w świętości.

Ciekawy jest też fakt, że nasz katolicki krytyk sięga tu po podobne argumenty, co fundamentaliści1 z tzw. kościołów wolnych chrześcijan, którzy zarzuty trzymania się prawa czynią nam już od lat, a to dlatego, że nie zgadzamy się z ich fundamentalistycznym rozumieniem Biblii.

Nasza walka z grzechem nie wypływa ze strachu, aby nie rozgniewać Boga. Wyobrażenie Boga, który może się rozgniewać, gdy człowiek popełni przestępstwo, jest głęboko pogańskie i przeczy starotestamentowemu objawieniu. Walka z grzechem wynika z jednej strony ze zrozumienia, iż dane postępowanie jest złe i stąd samo w sobie godne odrzucenia. Z drugiej strony odpowiada to istocie dobrego Boga, że również Jego dzieci z miłości do Niego postępują dobrze i unikają zła.

Naśladować Jezusa znaczy uczyć się od Jezusa, przejmować Jego etyczną miarę. Jezus nie opracował szczegółowego systemu kazuistycznych2 przepisów, lecz dał nam przykład świadomego życia w oddaniu się Bogu. Swoją postawą Jezus uczy nas, że powinniśmy podchodzić do codziennych drobnych spraw z pewnym dystansem i również w rzeczach pozornie błahych zachowywać świadomość, że Bóg jest wciąż przy nas. Przytoczony przez pana Kluge przykład “błahostki” uznawanej przez nas za grzech (zła interpretacja czyjejś odpowiedzi) jest jednak powszechnym problemem w komunikacji międzyludzkiej i przypuszczalnie nie da się go nigdy całkiem uniknąć. Mimo to jedność, którą mamy ze sobą w wierze, pomaga nam lepiej się nawzajem rozumieć. Być może pan Kluge w tym przypadku również nie całkiem właściwie zinterpretował informacje pochodzące z niepewnego źródła.

Dla kontrastu z chrześcijańską nauką o Bogu przytoczymy tu kilka wypowiedzi, które padły podczas oficjalnie uznanego przez rzymsko-katolicki „kościół” objawienia maryjnego. Dnia 19 września 1846 r. w miejscowości La Salette w południowej Francji padły następujące słowa:

Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, jestem zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie mogę już dłużej go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię za was! Jeżeli chcę, żeby mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić. (wg tekstu orędzia podanego na stronie misjonarzy Saletynów http://www.saletyni.pl, 2005)

W tym, tak zwanym kościele, uznano więc oficjalnie jako treść „prywatnego objawienia” wyobrażenie, w którym Jezusa przedstawia się jako rozgniewanego sędziego, a Jego matkę jako współczującą wstawienniczkę. Widocznie tego rodzaju wypaczenie przekazu biblijnego nie jest dla katolików problemem. Problem zaś stanowi dla nich to, gdy ktoś podkreśla potrzebę naśladowania Jezusa, którego On sam wymagał.

Zdanie, że „wątpienie jest najzwyklejszym podejrzeniem wobec Boga” jest w pojedynczych przypadkach na pewno uzasadnione, przede wszystkim, jeżeli ktoś poznał już dużo o Bożej prawdzie i bez żadnego obiektywnego powodu stawia swoje poznanie pod znakiem zapytania. Powyższe zdanie nie przedstawia jednak naszej ogólnej oceny wątpienia.

Odnośnie biblijnej oceny zwątpienia patrz Jk 1,5-8:

Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. Niech zaś prosi z wiarą, a nie wątpi o niczym. Kto bowiem żywi wątpliwości, podobny jest fali morskiej wzbudzonej wiatrem i miotanej to tu, to tam. Człowiek ten niech nie myśli, że otrzyma cokolwiek od Pana, bo jest mężem chwiejnym, niestałym we wszystkich swoich drogach.

W relacji opartej na miłości wątpliwości znikają. Wątpliwości wskazują często na brak zaufania do Boga. Miłości jednak nie można wymusić, dlatego też wypowiedzi, jakie przytacza pan Kluge, nie są sposobem, by pomóc komuś wyjść z wątpliwości i nabrać zaufania do Boga.

Mówiąc o „taniej łasce”, zgadzamy się w zupełności z krytyką wyrażoną przez Dietricha Bonhoeffera w jego książce Naśladowanie, napisanej w 1937 r.

Łaska tania to śmiertelny wróg naszego Kościoła. Nasza walka toczy się dziś o łaskę, która miałaby swoją cenę.

Tania łaska jest jak towar oddany za bezcen, przebaczenie z przeceny, pocieszenie z przeceny,...; to tak jakby niewyczerpany skarbiec Kościoła opróżniano lekką ręką bez cienia wątpliwości i bez ograniczeń; to łaska za darmo, bez kosztów. Podobno istotą łaski jest, że rachunek uregulowano z góry po wsze czasy. Na poczet zapłaconego rachunku można otrzymać wszystko darmo.

Poniesione koszty są niezmiernie wielkie, niezmiernie wielka jest więc też możliwość korzystania z łaski i marnotrawienia jej.

Czymże jednak byłaby łaska, gdyby nie była łaska tanią?

Tania łaska to łaska będąca nauką, zasadą, systemem; to odpuszczenie grzechów traktowane jako prawda ogólna. Tania łaska oznacza zredukowanie miłości Bożej do chrześcijańskiej idei Boga. Wystarczy ją tylko zaakceptować, a już odpuszczają się człowiekowi grzechy. Kościół nauczający o tej łasce przez sama naukę już w niej uczestniczy. W kościele tym świat znajduje tani płaszczyk dla swych grzechów, których nie żałuje i od których wcale nie pragnie się uwolnić. Stąd też tania łaska to zaparcie się Słowa Bożego, to zaparcie się Wcielenia Bożego Słowa.

Tania łaska stanowi usprawiedliwienie grzechu, a nie grzesznika. Łaska działa przecież sama, a wiec wszystko może pozostać po staremu. „Uczynki nasze są przecież nadaremne”. Świat nadal będzie światem, my nadal będziemy grzesznikami „nawet w najlepszym życiu”.

Niech zatem i chrześcijanin żyje jak świat, niech się do świata we wszystkim upodobni i niechże nie waży się - pod zarzutem herezji nadgorliwości – prowadzić w stanie łaski życia odmiennego od tego, jakie wiedzie w stanie grzechu. Niech się strzeże, by przeciw tej łasce nie unieść się gniewem, by nie sprofanować tej olbrzymiej taniej łaski, niech nie próbuje podjąć nowej służby Literze przez próbę posłusznego życia, podporządkowanego przykazaniom Jezusa Chrystusa!

Świat usprawiedliwiony jest przez łaskę, toteż – z uwagi na powagę tej łaski!, aby nie sprzeciwiać się tej łasce, której niczym zastąpić się nie da! – niech chrześcijanin żyje tak, jak reszta świata! Niewątpliwie, chętnie uczyniłby on coś nadzwyczajnego, a rezygnacja z tego i życie światowe to dla niego, z całą pewnością, najtrudniejsze wyrzeczenie. Jednak musi zrezygnować, musi ćwiczyć samozaparcie, by nie różnić się od świata sposobem swej egzystencji. W pewnym stopniu musi faktycznie pozwolić łasce pozostać łaską, aby świat nie przestał w nią wierzyć. Zaś chrześcijanin w swej świeckości, z konieczności decydując się na rezygnację, ze względu na świat – nie, ze względu na łaskę! – niech znajdzie pocieszenie i bezpieczeństwo (securitas), posiadając łaskę, która nie wymaga żadnej współpracy. Niech zatem chrześcijanin nie postępuje śladem Chrystusa, lecz pociesza się łaską! Jest to tania łaska usprawiedliwiająca grzech, ale nie będąca usprawiedliwieniem skruszonego grzesznika, który porzuca swój grzech i nawraca się; nie jest ona takim przebaczeniem grzechów, które od nich separuje. Tania łaska to łaska, której udzielamy sami sobie.

Tania łaska to nauczanie o odpuszczeniu grzechów, bez żalu za grzechy i postanowienia poprawy, to chrzest bez podporządkowania się kościelnej wspólnocie, to wieczerza eucharystyczna bez wyznania grzechów, to rozgrzeszenie bez osobistej spowiedzi. Tania łaska to łaska bez pójścia za Chrystusem, łaska bez krzyża, łaska bez żywego Jezusa Chrystusa, który stał się człowiekiem.

(Dietrich Bonhoeffer, Naśladowanie, Poznań 1997, str. 9-10)

Ten dłuższy cytat z dzieła Bonhoeffera pokazuje, że również ludzie, którzy należeli do organizacji kościelnych, znali ryzyko niewłaściwego podejścia do łaski Bożej i je dobitnie wykazywali.

Jasno musimy odrzucić zarzut usprawiedliwienia na podstawie uczynków (w WPL przetłumaczone jako „pewien rodzaj poprawności”). Nawiasem mówiąc, interesujące jest, że zarzut ten wysunął przedstawiciel organizacji, w której usprawiedliwienie z uczynków stanowi jeden z podstawowych elementów doktryny o zbawieniu, na tyle istotny, że stał się przyczyną powstania reformacji.

Nie głosimy usprawiedliwienia z łaski jedynie werbalnie. Jesteśmy świadomi naszej zupełnej zależności od Boga, od którego otrzymaliśmy wszystko, cokolwiek moglibyśmy Mu dać. Czyny chrześcijańskiego życia nie są podstawą, lecz następstwem zbawienia.

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili. (Ef 2,8-10)

Wiara przynosi owoce. Jeżeli nie ma owoców, pokazuje to, że nie ma również wiary. Wiara bez uświęcenia nie jest wiarą.

Starajcie się o pokój ze wszystkimi i o uświęcenie, bez którego nikt nie zobaczy Pana.

(Hbr 12,14)

Tylko ten, kto wierzy, jest posłuszny i tylko posłuszny wierzy. (D. Bonhoeffer, Naśladowanie, str.27)

Kto myśli, że może sobie zapracować na miejsce w niebie, ten nie rozumie, czym jest chrześcijaństwo.

Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich. (Ef 2,6)

Nie możemy mylić przyczyny z następstwem. Ponieważ jesteśmy w niebie, doświadczamy Bożego działania w naszym życiu, które prowadzi nas ku nowemu życiu, całkiem innemu, niż to jakiego oczekuje świat.

Jak oceniłby pan Kluge zdania: Czyny miłości bliźniego są kluczem do nieba albo Uczynki miłości są zawsze środkiem, by zbliżyć się do Boga, gdyby usłyszał je z naszych ust? U nas określiłby to przypuszczalnie jako usprawiedliwienie z uczynków - zarzut, którego nie postawiłby matce Teresie z Kalkuty. (Matka Teresa z Kalkuty, Prosta droga, 1995).

Wiara i naśladowanie Jezusa są czymś więcej niż hobby. Jeżeli Bóg określa cel naszego życia, jasne jest, że podporządkowujemy Mu wszystkie jego dziedziny.

Wykorzystujcie czas! (Kol 4,5) Dlatego dajemy Bogu decydujące prawo głosu o tym, jak mamy wykorzystać nasz czas. Dla każdego, kto zaczyna żyć zgodnie z wolą Bożą, pewne rzeczy, które wcześniej były dla niego istotne, staną się nieważne. Nie chodzi nam o zakaz rozwijania zainteresowań i spędzania czasu na rozrywkach, lecz o poznanie, że czas jest zbyt cenny, aby go marnować. Kto poznał Boga, mierzy wszytko inną miarą. Jezus mówił jasno o priorytetach w życiu Jego uczniów (Łk 14,26.33). Kto Go kocha, nie odbiera tych priorytetów jako przymusu, lecz jako wyzwolenie od rzeczy nieważnych ku temu, co istotne.

Pan Kluge lubi zamieniać przyczynę i skutek. Jeżeli, jak napisał, „życie Grupy w praktyce uwidacznia, jak rozumiane jest życie zgodne z zaleceniami biblijnymi“, to po co nam wtedy „codzienne spotkania w celu intensywnego i długiego czytania Biblii“, ze szczególnym zainteresowaniem tym (o czym on dobrze wie), jak przekładać ją na praktyczne życie? Jeżeli słowa Biblii nie są rzucane jak grochem o ścianę, to muszą zaowocować jakimś wpływem na codzienne życie.

My, w każdym przypadku, jesteśmy otwarci na korektę opartą na biblijnych argumentach.

Uwagę, że fragment z listu Jakuba 2,14-26 jest dla nas bardzo ważny, rozumiemy jako pochwałę. Nie chcemy wywyższać się ponad Pismo Święte, jak zrobił to Marcin Luter, uwłaczająco nazywając list Jakuba „listem słomianym” i wyłączając go jako nie natchniony z kanonu Pisma Świętego (Luter uważał, że także inne Księgi nie są napisane pod natchnieniem Bożym: List do Hebrajczyków, List Judy i Apokalipsę. Wyraził to w przedmowach do tych ksiąg z 1522 roku).

Fragmenty podkreślające usprawiedliwienie z wiary nie są jednak dla nas mniej ważne od listu Jakuba. Jakub i Paweł Apostoł zgadzają się w tym punkcie, podkreślają tylko różne aspekty – wiary i uczynków.

W jaki sposób cytowany powyżej fragment z Jk 2 uwidacznia się w życiu reprezentowanego przez pana Kluge „kościoła”?

Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni.” (J 8,36)
Ekskurs: Rozumienie zbawienia

Szkoda, że pan Kluge, tak złożony temat jak rozumienie zbawienia, opisał bardzo pobieżnie i niejasno.

To prawda, że odrzucamy teorię zadośćuczynienia zastępczego (satysfakcji) Anzelma z Canterbury (1033-1109), która wywarła ogromny wpływ na rozumienie zbawienia w wielkich kościołach.

Reprezentowany przez nią typ myślenia można przedstawić w postaci następujących stwierdzeń podstawowych (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/mistrzowie/sw_anze.html, 2007):

1. Grzech człowieka stanowi obrazę Boga i naruszenie ustanowionej przez Niego sprawiedliwości.

2. Człowiek nie może być zbawiony, jeśli sprawiedliwość nie zostanie przewrócona przez odpowiednie zadośćuczynienie.

3. Ponieważ obrażony został Bóg, konieczne jest zadośćuczynienie nieskończone, do którego człowiek sam nie jest zdolny (zaznaczmy, że chodzi tu o zadośćuczynienie Bogu, a nie szatanowi, jak utrzymywała pewna linia w myśli wczesnośredniowiecznej)

4. Zadośćuczynienia takiego dokonuje przez ofiarę swojego życia złożoną na krzyżu Syn Boży, który stał się człowiekiem.

5. Ponieważ jest On Synem Bożym, Jego zadośćuczynienie jest odpowiednie i nieskończone; ponieważ jest człowiekiem, składa je w imieniu i w zastępstwie wszystkich ludzi.

Ta teoria kształtowała teologię do XIX, XX wieku, ale obecnie jest uznana za „bardzo sporną” (za niemieckim wydawnictwem „Leksykon teologii i kościoła”). Z jednej strony opis grzechu jako „obrazy” Bożej jest nader niewystarczający. Oczywiście każdy grzech jest skierowany bezpośrednio przeciwko Bogu, jednakże nie jesteśmy w stanie przez nasze grzechy wyrządzić Bogu szkody. Nasze grzechy niszczą relację między nami a Bogiem, ale zmiana postawy leży po naszej stronie, a nie po stronie Boga (por. Iz 59,1-2: Ręka Jahwe nie jest tak krótka, żeby nie mogła ocalić, ani słuch Jego tak przytępiony, by nie mógł usłyszeć. Lecz wasze winy wykopały przepaść między wami a waszym Bogiem; wasze grzechy zasłoniły Mu oblicze przed wami tak, iż was nie słucha).

Z drugiej strony Bóg w swojej łasce nie jest w żaden sposób zależny od jakiegokolwiek zadośćuczynienia, które musiałoby mieć miejsce, aby mógł On przebaczyć. Biblia podkreśla zawsze wolność i suwerenność łaski Bożej, przebaczenie bez spełnienia warunków wstępnych. (Ps 32,5; 51,3-6. 18-19; Ps 79,9; 130,3-4; Prz 28,13; Iz 1,18; 43,25; 44,22; Mi 7,18-19; Mt 18,21-35; Łk 15,11-24; Dz 3,19; i in.). Kto żałuje za swoje grzechy i wyznaje je, temu są one przebaczone. Nie wolno mylić Boga Izraela i Ojca Jezusa z uosobieniem prawa karmy, które wymaga bez wyjątków skompensowania każdego złego czynu dobrym czynem lub cierpieniem.

Jakie znaczenie ma jednak w tym kontekście Jezus? Czy życie i śmierć Jezusa miałyby pełnić tylko rolę dobrego przykładu dla nas, czy ma być jednym z wielu duchowych drogowskazów (na pewno największym ze wszystkich, ale czy tylko przykładem)?

Liczne fragmenty Nowego Testamentu mówią o zbawieniu przez śmierć Jezusa, przez Jego krew. Jego śmierć porównana jest z ofiarą pojednania, a Jego krew jest określana jako okup. Zgadzamy się z tymi wypowiedziami, są one jednoznaczną nauką Pisma Świętego. Pozostaje jednak pytanie o właściwe rozumienie tych wypowiedzi, które chcemy zgłębić, poprzez częste rozmawianie o nich.

Wytyczeniu pewnych granic właściwego i niewłaściwego rozumienia kwestii zbawienia mają posłużyć następujące stwierdzenia:

  1. W Piśmie Świętym nie ma żadnych fragmentów, które jednoznacznie prowadziłyby do teorii satysfakcji Anzelma (a już na pewno nie do fałszywych teorii, według których śmierć Jezusa była okupem dla szatana).

  1. Biblia w swoich wypowiedziach wychodzi z historycznego faktu śmierci Jezusa i nie wypowiada się na temat alternatywy tego faktu.

  1. Nie można z NT wyciągnąć wniosków o metafizycznej konieczności śmierci Jezusa, stoi ona nawet w jawnej sprzeczności z NT.

Np. Mt 21,37: W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna.

  1. Śmierć Jezusa była przestępstwem bezbożnych ludzi, którzy na mocy wolnej decyzji dali wyraz swojej złości i nie byli w żaden sposób do tego przez Boga (lub kogokolwiek innego) zmuszeni.

głosimy mądrość ukrytą, …, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata; gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały (1 Kor 2,8)

Bóg naszych ojców wskrzesił Jezusa, którego straciliście, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wywyższył Go na prawicę swoją jako Władcę i Zbawiciela, aby dać Izraelowi nawrócenie i odpuszczenie grzechów. (Dz 5,29-30)


  1. Grzechy Judasza, Kajfasza i Piłata nie były konieczne do wypełnienia planu zbawienia, ani też nie spowodowały jego wypełnienia.

  1. Jezus przyszedł, by wzywać Izrael do nawrócenia. Gdyby naród żydowski przyjął Go jako Mesjasza i gdyby, w konsekwencji, nie doszło do zamordowania Jezusa, nie byłoby to przeszkodą w zbawieniu świata, wręcz przeciwnie, byłoby to tylko korzystne dla zbawienia ludzkości.

Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamieniujesz tych, którzy do ciebie są posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. (Mt 23,37)

Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości! … Bo jeżeli ich odrzucenie przyniosło światu pojednanie, to czymże będzie ich przyjęcie, jeżeli nie powstaniem ze śmierci do życia? (Rz 11,12.15)

Jeżeli Izraelici byliby od początku posłuszni Jezusowi, nie przeszkodziłoby to z pewnością w zbawieniu, a poświęcenie Jezusa w zupełnie innej formie poprowadziłoby ludzi do Boga.


  1. W obliczu odrzucenia przez naród izraelski, a w szczególności przez jego przywódców, Jezus przyjął na siebie śmierć z ich rąk i w ten sposób pokazał ostateczną konsekwencję swojej miłości i poświęcenia.

  1. Biblijne wyrażenie „okup” (Np. Mk 10,45) służy temu, aby pokazać oswobadzający charakter dzieła zbawienia Jezusa. Byliśmy niewolnikami grzechu. Jezus wyzwolił nas z tej niewoli, tak jak wyzwala się niewolników przez okup. Pytanie, komu został zapłacony okup wykracza poza zamierzone ramy tej przenośni i prowadzi do aporii (tzn. trudności w rozumowaniu, pozornie nie dającej się rozwiązać), ponieważ każda z dwóch jedynie możliwych odpowiedzi, mianowicie, że okup zapłacono Bogu lub szatanowi, jest zupełnie nie do pogodzenia z przesłaniem Pisma Świętego.

  1. Określenie śmierci Jezusa ofiarą miało z jednej strony wyrażać Jego oddanie, z drugiej strony również wskazywać (szczególnie w liście do Hebrajczyków) na koniec starotestamentowego kultu ofiarniczego.

  1. Również stosowanie pojęcia „krew” należy widzieć w kontekście terminologii dotyczącej ofiar. Co więcej, Żydzi łączyli pojęcie „krwi” z pojęciem „życia”.

Bo życie ciała jest we krwi (Kpł 17,11). Jesteśmy zbawieni przez krew Jezusa. Oznacza to, że Jezus całkowicie oddał za nas swoje życie. To nie fizyczna materia krwi zbawia nas jak magiczny talizman, lecz poświęcenie Jezusa włącza nas całkowicie w miłość Bożą.


I prawie wszystko oczyszcza się krwią według Prawa, a bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia [grzechów] (Hbr 9,22).

Nie chodzi tu o zasadę, iż Bóg w swojej zdolności przebaczania zależny jest od rytualnego wylania krwi. Autor listu do Hebrajczyków opisuje po prostu zasady panujące w starotestamentowym prawie, by następnie pokazać, że poświęcenie Jezusa przewyższa to wszystko.

  1. Jezus, tak przez całe swe życie, jak i w momencie śmierci, czy też po niej, trwał we wspólnocie z Bogiem i nigdy nie był opuszczony przez Boga.

Pierwszych słów Psalmu 22: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?, które ewangelie Mt 27,46 i Mk 15,34 podają jako ostatnie słowa Jezusa przed śmiercią, nie można oderwać od reszty Psalmu 22, wyrażającego subiektywne odczucia cierpiącego niewinnie człowieka, którego Bóg niesie również w cierpieniu. Ten psalm kończy się uwielbieniem ...bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego (Ps 22,25).

  1. W chrześcijańskim rozumieniu zbawienia nie chodzi o to, by Bóg został przejednany, lecz abyśmy my się pojednali z Bogiem.

Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem! (2 Kor 5,20)

  1. Zbawienie znaczy więcej, niż tylko przykład doskonałego życia. Wierzący doświadczają w swoim życiu odnawiającej i przemieniającej siły Jezusa.

2 Kor 5,17: Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe.

1 J 5,18: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a zły go nie dotyka.


Te trzynaście stwierdzeń powinno wytyczyć granice, w obrębie których możemy zgłębiać biblijne rozumienie zbawienia. Nie myślimy, że zgłębiliśmy już wszystko i chcemy jeszcze bardziej wnikać w wielkość Bożej miłości, która pokazała się w tym, iż odwieczny Logos (Słowo) stał się człowiekiem i całkowicie poświęcił swoje życie, będąc posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyża.

W Rz 8,3-4 możemy znaleźć ważną wypowiedź dotyczącą dzieła zbawienia:

Co bowiem było niemożliwe dla prawa, ponieważ ciało czyniło je bezsilnym, tego dokonał Bóg. On to zesłał Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech, aby to, co nakazuje prawo, wypełniło się w nas, o ile postępujemy nie według ciała, ale według Ducha.

Bóg posłał swojego Syna, aby przezwyciężyć grzech. Przez to, iż musiał opierać się grzechowi tak samo, jak my, lecz nie zgrzeszył, przezwyciężył grzech. We wszystkich, którzy w Niego wierzą, zwycięstwo Jezusa nad grzechem będzie skutkować. Postępując według Ducha przezwyciężamy grzech siłą Jezusa, który uzdalnia nas do oddawania naszego życia dla braci, tak jak On to dla nas uczynił:

Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddawać życie za braci. (1 J 3,16)

To poświęcenie życia może w poszczególnych sytuacjach oznaczać dosłowną konieczność śmierci. Ale nie jest to regułą. Gdyby Izrael nawrócił się i nie doszłoby do zbrodniczej śmierci Jezusa, poświęcenie Jezusa nie byłoby mniejsze, byłoby po prostu inne.

Również niektóre słowa Jezusa mogą nam pomóc lepiej zrozumieć tajemnicę posłania Jezusa dla naszego zbawienia:

Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, aby obwoływał rok łaski od Pana. (Łk 4,18, cytat z Iz 61,1n)

Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,10)

Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto we mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. (J 12,46)

Rzekł mu tedy Piłat: A więc jesteś królem? Odpowiedział mu Jezus: Sam mówisz, że jestem królem. Ja się narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie; każdy, kto z prawdy jest, słucha głosu mego. (J 18,37)

Dla uzupełnienia przytaczamy kilka cytatów współczesnych autorów. Te cytaty nie oddają dokładnie naszego stanowiska, nie zgadzamy się też z wieloma innymi poglądami tych autorów. Cytaty te mają jednak pokazać, że myśli, które w naszym przypadku określa się jako sekciarskie, w przypadku innych są akceptowane.

Hans Kessler, Christologie in: Handbuch der Dogmatik, Hg. von Theodor Schneider, Bd. 1, 2.Auflage, 1995 (tłum. wł.):

Str. 411: Ukrzyżowanie Jezusa jest czynem, zamykających się na Boga ludzi.

Str. 412: W świetle zmartwychwstania (tylko w nim!) krzyż staje się znakiem nieomylnego, zbawczego zamierzenia Boga. Stąd poszukiwania wskazówek w Piśmie, stąd hellenistyczna wypowiedź o „konieczności” cierpienia (Mk 8,31; Łk 17,25; 22,37; 24,7.26.44) i wypowiedzi o (wymuszonym przez ludzi, dopuszczonym przez Boga!) wydaniu Jezusa przez Boga. W żadnym przypadku nie potwierdzają one jednak, jakoby okrutna śmierć Jezusa była z góry zaplanowanym celem Boga (w dodatku jeszcze jako wyraz miłości wobec świata).

Jacques Duquesne, Jezus, Gdańsk 1996, str.111-112:

Jakże inaczej widzą Boga niektórzy wierzący. W zarysie można by to ująć tak: z początku Bóg ufał człowiekowi; pierwsi rodzice zawiedli Go, popełniając grzech pierworodny; rozzłoszczony Bóg ukarał ich i ich potomstwo; aby pogodzić człowieka z Bogiem potrzebna jest ofiara; ponieważ Bóg to sama dobroć, ofiarą ma być Jego własny Syn (czyli On sam); misją Jezusa jest "zmazanie grzechu pierworodnego" i ułagodzenie gniewu Ojca. To właśnie powtarzają na wiele sposobów liczne podręczniki i kazania.

Tymczasem Jezus uczy czegoś wręcz przeciwnego. Nigdy nawet nie wspomina o grzechu pierworodnym. Nie uznaje odpowiedzialności zbiorowej, dziedziczonej z pokolenia na pokolenie...

Jezus nigdy nie mówi, że musi umrzeć "na odkupienie" naszych grzechów: To znaczyłoby bowiem, że Bóg, który przez swego Syna każe przebaczać "siedemdziesiąt siedem razy", to znaczy zawsze, sam nie potrafi przebaczać. To znaczyłoby także, iż Ojciec cudownego Dziecka pragnie śmierci niewinnego, że w imię jakiegoś przepisu czy przeznaczenia z góry spisuje Go na straty. A to już byłoby całkiem bez sensu.

Przeciwnie. Jezus wzywa, byśmy odnowili nasze przymierze z Bogiem. I żebyśmy się radowali.

Klaus Berger, Po co Jezus umarł na krzyżu?, Poznań 2004:

Nie, Bóg nie potrzebował złej woli Rzymian, lecz się nią posłużył. Nie wymagał zaistnienia przemocy i rozlewu krwi, lecz je zastał. Nie jest zależny od brutalności, lecz przemienia ją w jej przeciwieństwo. Nie zatwierdza i nie nakazuje potajemnie morderstwa, lecz za wszelką cenę pragnie życia i rezygnacji z przemocy. Nie uzależnia przebaczenia od gwałtu, lecz na gwałt odpowiada przebaczeniem. Nie wyciąga korzyści z morderstwa dokonanego na Jezusie, lecz zawsze i po wsze czasy przebacza w wolności swej łaski. Nie jest potajemnym beneficjentem przemocy, lecz sam krzyż bardziej niż cokolwiek innego domaga się końca bestialstwa.... Nie rozkoszuje się śmiercią swego Syna, lecz ją przezwycięża. To nie krew Jezusa Chrystusa łagodzi Jego gniew...

Walter Kirchschlager, Hat Gott seinen Sohn in den Tod gegeben?, in: Erlost durch Jesus Christus, Schweiz 2000, S.52-53, (tłum. wł.):

Należy zaznaczyć z naciskiem, że posłanie Jezusa mogło mieć inny koniec. Gdyby Izrael nawrócił się, przyjmując zwiastowanie Jezusa, .... przypuszczalnie mogłoby się dokonać otwarcie na wszystkie narody, na podstawie religijnego odnowienia narodu żydowskiego w myśl przesłania nauki Jezusa o panowaniu Boga jako Króla, o którym jest mowa w modlitwie króla Salomona z okazji poświęcenia świątyni (por. 1 Krl 8, 22-53), a także w prorockim obrazie dotyczącym pielgrzymki wszystkich narodów do Jerozolimy (por. Np.: Iz 66, 18-24; Za 2,14-17; Iz 2,2).

Nadzwyczaj subiektywna jest krótka uwaga pana Kluge o naszym rozumieniu Ducha Świętego. Przyjęcie późniejszego i wyraźnie emocjonalnie zabarwionego wrażenia „byłej członkini” jako wykładni naszej nauki o Duchu Świętym jest absolutnie niepoważne i odpowiada metodologii nagonki. Z naszej strony nigdy nie opieramy naszej oceny katolików czy protestantów na subiektywnych emocjonalnych wypowiedziach ich byłych czy obecnych członków, lecz na historycznie sprawdzonych faktach oraz pisemnie udokumentowanych wypowiedziach na temat ich nauki. Każda inna metoda jest dla chrześcijan nie do zaakceptowania. Subiektywne wrażenia braci są też bardzo dalekie od tego, które przytoczył pan Kluge. Za pomocą tego rodzaju wrażeń nie można niczego udowodnić ani obalić.

Nasza nauka o Duchu Świętym pozostaje w zgodności z najstarszymi wyznaniami wiary.

W bardzo wielu sytuacjach mogliśmy doświadczyć uwalniającej siły Ducha, która na stałe wyzwoliła ludzi z grzechów (J 8,36; 2 Kor 3,17).

W liście do Galacjan 5,19-23 opisuje Paweł różnicę między życiem, którym kieruje Duch Święty, przedstawionym jako różne aspekty owoców Ducha, a życiem niewierzącego człowieka (wyrażonym przez „uczynki ciała”), który nie jest posłuszny Duchowi Świętemu.

Życie w Duchu oznacza tu zwycięstwo nad grzechem.

Postępujcie według Ducha, a nie spełnicie pożądania ciała! (Ga 5,16)

C. „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał” (J 1,10)
Odnośnie: „Światopogląd”

Termin „świat” używany jest w Biblii w różnych znaczeniach. Świat, jako dobry twór Boga, nie ma w sobie niczego bezbożnego (sprzecznego z Boskimi zasadami). Jest Bożym darem, który przyjmujemy z wdzięcznością, i który prowadzi do wychwalania Boga za Jego wspaniałe stworzenie. Dlatego cieszymy się tym, co piękne, i z czym wielokroć możemy się zetknąć, czy będzie to wiosenny kwiat, czy skalisty wąwóz, zachód słońca, czy gwiaździsta noc … stanowczo odrzucamy gnostycką ideę złego stworzenia.

W Nowym Testamencie pojęcie „świat” używane jest także w znaczeniu negatywnym. Służy ono oznaczeniu ludzi, którzy przez swoją wolną, samodzielną decyzję przeciwstawili się Bogu. Od takiego „świata” chrześcijanin może się jedynie odgraniczyć. Jako uczniowie Jezusa nie jesteśmy z „tego świata”, tak jak i Jezus nie jest z tego świata (J 17,14.16) .

Dlatego obowiązuje nas 1 J 2,15-17:

Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki.

Żyjemy na tym świecie, na który posłał nas Jezus. Mimo to nie izolujemy się od niego (J 17,18). Całkowicie obca jest nam ucieczka przed światem, która znana jest z życia wielu tak zwanych „świętych” z różnych wieków. Nie kryjemy się przed światem ani na pustyni, ani za grubymi murami zakonów. Nikt z nas nie zaakceptowałby nakazu milczenia, jak robią to Trapiści, czy też nie wszedłby na słup, jak to czynili „święci” słupnicy.

Jezus powołał swoich uczniów, by byli światłem świata, miastem na górze (Mt 5,14-16). Właśnie poprzez to, że nie dopasowujemy się do reguł tego świata (Rz 12,2), możemy być światłem i prowadzić ludzi do życia, które chwali Boga dobrymi czynami.

Żyjemy na tym świecie, większość z nas pracuje, a nasze obowiązki zawodowe staramy się wykonywać jak najlepiej. Zawód nie jest jednak naszym powołaniem. Polega ono bowiem na oddaniu się Bogu.

Cały zaś świat leży w mocy złego - pisze Jan (1 J 5,19). Nie oznacza to, że powinniśmy unikać brania naszej odpowiedzialności za świat. Nasze zaangażowanie polityczne jest jednak mocno ograniczone, z jednej strony dlatego, że nie jest to naszym głównym zadaniem, a z drugiej dlatego, że wszystkie stronnictwa polityczne reprezentują poglądy tak dalekie od wszelkich, podstawowych nawet, ludzkich zasad moralnych, że ścisła współpraca z nimi jest niemożliwa.

Wiele byłoby do zrobienia w świecie, w którym prawo do mordowania dzieci w łonie matki uważa się za prawo człowieka; w świecie, który mówi o sprawiedliwości i wyzyskuje biednych; w świecie, który pod hasłem zrównoważenia budżetu dokonuje ciągłego pogorszenia sytuacji socjalnej, a bogatych wspiera (szczególnie przez tak zwane „chrześcijańskie” partie); w świecie, który zachwyca się humanitaryzmem i gościnnością dla cudzoziemców, a jednocześnie wydaje ustawy, które pozbawionych praw uchodźców, wydają w ręce żądnych pieniędzy przemytników, a często prowadzą także i do śmierci; krótko mówiąc: w świecie, który nauczył się maskować pięknymi słowami najskrajniejsze okrucieństwa.

Nie przemilczamy tej niesprawiedliwości. Bóg jednak powołał uczniów Jezusa, by przekazywali światu rzecz najlepszą: Ewangelię, życie wieczne w naśladowaniu Jezusa. Gdy ludzie naśladują Jezusa, urzeczywistnia się Boża wola wobec tego świata: wspólne życie w miłości i sprawiedliwości, bez ksenofobii
3 i we wzajemnym zaufaniu. Cieszymy się, że mimo wszystkich naszych grzechów możemy doświadczać w naszej wspólnocie tego Bożego działania.

Świat nie jest
czarnym, ale tym bardziej korzystnym tłem dla naszych promiennych koncepcji, jak pisze pan Kluge. Boże światło nie potrzebuje cienia, by było widać, że jest światłem. Dobro jest dobrem, bo jest dobre niezależnie od zła. Tylko zło ciągle musi podawać się za dobro, bo samo w sobie by się nie ostało.

Słusznie podaje Kluge, że uważamy się za wywołanych z tego świata (WPL niewłaściwie tłumaczy jako „wyszukani”). Tak jest z każdym chrześcijaninem. Jesteśmy powołanymi świętymi (Rz 1,7; 1 Kor 1,2) na tym świecie, ale nie jesteśmy ze świata (J 17,11.16). Kto uważa, że nie został wywołany z tego świata, ten sam przyznaje, że nie jest uczniem Jezusa, że nie jest chrześcijaninem.

To, że „
negatywne zjawiska na świecie są spowodowane grzechem” nie jest jedynie naszym poglądem, ale również apostoła Pawła:

Rz 5,12:
Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich, ponieważ wszyscy zgrzeszyli...

Wystrzegamy się zbyt prymitywnych wyobrażeń. (Tygrysy szablastozębne nie były wegetarianami. W świecie zwierząt od samego początku istniała śmierć biologiczna, na długo przed pierwszym grzechem). Wiemy jednak, że pierwszy grzech spowodował istotny przełom w relacji między Bogiem i człowiekiem oraz, że po upadku w grzech, człowiek znajduje się w gorszej sytuacji wyjściowej niż wcześniej, że często czynić zło przychodzi nam łatwiej niż dobro. Odrzucamy jednak wiarę w istnienie grzechu pierworodnego, ponieważ uznaje ona, że tym negatywnym skutkiem jest grzech. Naukę tę, głoszoną z różnym nasileniem przez prawie całą tradycję od czasów Augustyna, odrzucamy jako niebiblijną i bezbożną.

Wszelkie rozmyślania o świecie bez grzechu mają charakter spekulacji. Myślimy jednak, że Bóg w swojej łasce uchroniłby człowieka (przed upadkiem w grzech) od chorób i upośledzeń. Nie jesteśmy pierwszymi, którzy tak myślą. Również inni są o tym przekonani:
Ponieważ na świecie panuje grzech, występują też choroby, a śmierć ukazuje istotę grzechu (Lexikon fur Theologie und Kirche, 6. Band 1977, Sp. 428 – tłum. wł.).

Odnośnie skierowanej przeciw nam krytyki w piśmie pana Kluge, że również kalectwo i upośledzenie psychiczne uważane są za karę boską:
Musimy być bardzo ostrożni, mówiąc o związku między konkretnym grzechem a konkretną chorobą. Księga Hioba uczy nas, że nie można automatycznie łączyć każdej choroby z grzechem.

Również słowa Jezusa w J 9,3 są wyraźne: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Jezus mówi tutaj co prawda o jednej sytuacji, pokazuje przez nią jednak, że sposób myślenia, widoczny w pytaniu uczniów, jest błędny.

W wielu przypadkach istnieje oczywisty związek między grzechem i chorobą, wynikający po prostu z istoty danego grzechu. Palacz nie powinien się zbytnio dziwić, że jest chory na raka płuc. „Zdrowotne” skutki spożywania alkoholu i narkotyków też są już od dawna znane.

W 1 Kor 11,30 Paweł określił choroby i zgony jako następstwa grzechu. Nie chodzi jednak o to, że poszczególni chorzy byli najgorszymi grzesznikami. Cała wspólnota, poprzez grzechy niektórych, stoczyła się na poziom, który był bardzo zbliżony do norm panujących w świecie, tak iż Bóg nie mógł uchronić ich od wielu niebezpieczeństw. Chorobami dotknięci zostali najbardziej na nie podatni, a nie najgorsi grzesznicy. Wydaje się natomiast, że człowiekowi żyjącemu w kazirodztwie (opisanemu w 1 Kor 5) nic szczególnego się nie przytrafiło.

Odrzucamy również objaśnienie 1 Kor 5,5 twierdzące, że zatracenie ciała to poniesienie szkód na ciele przez chorobę lub nawet śmierć. Rozumiemy ten fragment tak, że to zmysłowa postawa, grzech wykluczonego, ma ulec zatraceniu.

W Biblii niekiedy choroby, a nawet śmierć, przedstawione są jako kara (Dz 13,11; 5,1-11). Fragmenty te jednak należą do wyjątków.

W tym kontekście należy też zauważyć, że ponadprzeciętna ilość naszych braci i sióstr pracuje zawodowo w służbie chorym i upośledzonym.

Nie chcemy zamykać naszych oczu na to, co pozytywnego istnieje poza naszą wspólnotą. Obserwacja tego, jak często dobro łączone jest ze złem, jest bolesna. Z całkowitym zdecydowaniem odrzucamy jednak protestancką naukę o całkowitym zepsuciu człowieka po pierwszym grzechu, tak jakby człowiek bez Boga nie był w stanie zrobić czegokolwiek dobrego.

Odnośnie poruszonego punktu - krytycznego nastawienia do własnej nauki i poszukiwań -jesteśmy świadomi własnych niedostatków. Wiemy, że wielu posiada o wiele głębszą wiedzę niż my i wdzięczni jesteśmy za możliwości uczenia się od innych. Pragniemy chronić się od wszelkich przejawów zawężenia pola widzenia do własnego tylko podwórka. Z drugiej jednak strony, osoby przewyższające nas wiedzą często popełniają w swoim rozumowaniu całkiem podstawowe błędy, które nawet prości ludzie potrafią spostrzec.

Musimy jasno rozróżnić między naukami podstawowymi, których w żadnym wypadku nie można podważyć, a zagadnieniami szczegółowymi, co do których często nie mamy jeszcze jasnego poznania. Poprzez intensywne zajmowanie się Biblią możemy uczyć się coraz więcej i dostrzegać błędy także w naszym własnym rozumowaniu. Oczekujemy od innych otwartości na naszą krytykę i dlatego sami też nie chcemy być zamknięci na argumenty innych.

Odnośnie „rewizji” pojęć to Kluge przyznaje, że przytoczony przez niego przykład dotyczy pojedynczej sytuacji, która nam jednak nie jest znana. Również my rozumiemy słowo „nieludzki” jako negatywne. Istnieją jednakże różnice w znaczeniu słowa „nieludzki”.

Nie jest to nieludzkie, gdy ktoś kierując się własnym sumieniem i tym, co rozumie jako Bożą wolę, przedkłada wspólnotę z braćmi w Bogu ponad wspólnotę z własną rodziną.

Nieludzkie jest za to, gdy rodzice usypiają własne dzieci truciznami, uprowadzają je, przetrzymują w mieszkaniu, przykuwają do kaloryfera, odbierają dokumenty, bezprawnie ubezwłasnowolniają, przetrzymują miesiącami wbrew woli danej osoby w klasztorze… Wszystkie te rzeczy spotkały niektórych naszych braci i siostry w XX wieku. O innych przestępstwach wobec chrześcijan czynionych w imię Chrystusa można poczytać w książkach do historii.

Tolerancja jest ważnym fundamentem każdego ludzkiego społeczeństwa. To cnota, której drogą nie idą właśnie nasi wrogowie w obchodzeniu się z nami. Przetrwanie i rozwój wspólnoty wymaga w pewnym stopniu tolerancji, czyli niesienia innych (łac. tolerare - znosić <kogoś>, wytrzymywać, często w powiązaniu z cierpliwością) (K. Hörmann, Lexikon der christlichen Moral, 1969, S. 1221 – tłum. wł.).

Tolerancja oznacza, że każdy ma prawo myśleć i wierzyć, jak mu się podoba. Tolerancja nie oznacza jednak, że wszystko uznaje się za właściwe. Prawda jest tylko jedna. Prawdę tę trzeba jednak zrozumieć i przyjąć w wolności. Katolicka zasada, że jedynie prawda, a nie błędy mają rację bytu (K. Hörmann, S. 1221), pozbawiła niezliczone rzesze ludzi wolności, ojczyzny, zdrowia lub życia. Prawda nie potrzebuje, by ją głosić i bronić przemocą. Kto stosuje przemoc, właśnie tak, jak to wielokrotnie czyniły wielkie „kościoły”, pokazuje, że nie ma prawdy. Prawda mówi sama za siebie i nie musi obawiać się konkurencji w postaci herezji lub niby-prawdy.

Na świecie powinna być tolerancja. Każdy ma prawo myśleć i wierzyć, jak chce. Kto jednak nazywa siebie chrześcijaninem, ten zdecydował się przestrzegać nauki Chrystusa. Jeśli chce wierzyć inaczej, to jest to jego wolny wybór, lecz wtedy niech nie nazywa tego chrześcijaństwem. Wspólnota Boża nie jest stowarzyszeniem, zrzeszającym ludzi wszelkiego pokroju, lecz filarem i podporą prawdy (1 Tm 3,15). Dlatego nie ma w niej miejsca na herezje. Mimo to każdemu heretykowi przysługują jego wszelkie prawa obywatelskie.

Należy też wyraźnie odróżnić pomyłkę od błędnej nauki (herezji). Kto błądzi, nie zdając sobie z tego sprawy, ten jest otwarty na argumenty i cieszy się, gdy może wyjść z błędu. Potrzeba wówczas także wiele cierpliwości, by umocnić się wzajemnie w poznanej prawdzie. Kto jednak świadomie przeciwstawia się nauce apostołów, nie może być tolerowany we wspólnocie – przy zachowaniu całego szacunku dla niego jako człowieka.

Każdy chrześcijanin doświadczył wielkiej cierpliwości Bożej i stale jej doświadcza. Jesteśmy wezwani do tego, by w cierpliwość nieść siebie nawzajem. Z drugiej jednak strony musimy być także świadomi konieczności odpowiedzi na wołanie Jezusa. Nie można odkładać nawrócenia na później. W jakimś momencie jest już „za późno”, nawet jeśli wielu nie chce tego przyznać.
Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych… (Hbr 3,7-8; należy przeczytać w szerszym kontekście)

Kto stale odrzuca Boże wołanie, zatwardza się poprzez to w takim stopniu, że pewnego dnia już nie może się zmienić.

Oczekiwanie, że wkrótce nastąpi koniec świata, nigdy nie było naszym poglądem we wspólnocie. Wręcz przeciwnie, była to jedna z pierwszych kwestii spornych w naszych kontaktach z ugrupowaniami fundamentalistycznymi i wolnymi „kościołami”. Zdecydowanie odrzucamy ten egocentryczny pogląd („nasze czasy są czymś wyjątkowym”). Pozostaje zagadką, jakie wypowiedzi braci mogły zostać tak źle zinterpretowane, a może Kluge chciał nas tylko zaszufladkować i dopiero później zauważył, że ta etykietka do nas nie pasuje?

Chcemy raczej pomóc ludziom wyswobodzić się z urojenia rychłego końca świata, dlatego wielokrotnie wnikliwie zajmowaliśmy się tą kwestią. Ponieważ jednak Kluge wycofał zarzut jakobyśmy oczekiwali rychłego końca, nie ma potrzeby, by w tym miejscu szczegółowo zajmować się tą sprawą.

D.„A więc nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2,19)
Odnośnie: „Obraz wspólnoty”

Pan Kluge wymienił szereg kryteriów, do których chcielibyśmy się ustosunkować.

Niestety, umknęło mu najważniejsze kryterium: prawda i nauka.

Paweł nazywa wspólnotę Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy (1 Tm 3,15).

Z tego powodu pierwsze kryterium zawsze powinno dotyczyć nauki. Kto głosi niebiblijne nauki, nie buduje na podwalinie prawdy i z tego powodu nie może być we wspólnocie. Dlatego też dla Hymenajosa i Filetosa, którzy zaprzeczali zmartwychwstaniu ciała, nie było miejsca w Kościele (2 Tm 2,17.-18; 1 Tm 1,20). Spojrzenie na dzisiejsze kościoły pokazuje szerokie spektrum najprzeróżniejszych, często przeczących sobie nawzajem i przede wszystkim Biblii, nauk we wszystkich większych wyznaniach. Nie ma śladu jedności w nauce i zgodności z Pismem! Jakże te organizacje mogą być wspólnotami, tzn. podporą prawdy?

Gdy brakuje podstawy w prawdzie, niesie to za sobą również odpowiednie konsekwencje w życiu. Chrześcijańskie życie wspólnotowe jest możliwe tylko na bazie chrześcijańskiej nauki.

Wróćmy jednak do kryteriów, przytoczonych przez pana Kluge:

  1. pojęcie „zaangażowany chrześcijanin” jest tautologią4. Kto nie jest gotowy starać się, nie jest „nie zaangażowanym chrześcijaninem”, lecz nie jest w ogóle chrześcijaninem. Wspólnota jest społecznością WSZYSTKICH chrześcijan. Każdy, kto naśladuje Jezusa, należy do wspólnoty, a każdy, kto Go nie naśladuje, nie należy do wspólnoty.

  1. brak osób piastujących urzędy

Istota Kościoła Chrystusa nie jest oparta na hierarchicznej strukturze (jak to rzymsko-katolicka organizacja dogmatycznie zatwierdziła), ale na braterskiej wspólnocie:

Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie.

Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. (Mt 23,8-10)

Jezus nie użył tutaj zwrotów czy tytułów: „Czcigodny”, „Kanonik”, „Eminencja”, „Ekscelencja” lub „Wasza Świątobliwość”. Gdyby ich użył, to tak zwani chrześcijańscy przywódcy wymyśliliby w swej próżności, z pewnością, jeszcze inne tytuły. Ale jednak odważono się nazwać „osobę urzędową” „Ojcem” (Pater) lub nawet „Ojcem Świętym”. Ci, którzy to czynią, wystarczająco długo studiowali teologię, by dowieść, że to właśnie było to, czego chciał Jezus, nieprawdaż?

Nie idąc za często odstraszającym przykładem katolickiej hierarchii, chcemy powrócić do biblijnej rzeczywistości braterskiej wspólnoty.

Braterska wspólnota nie oznacza, że wszyscy mają te same zadania. Są różnice w darach i w zadaniach (por. Rz 12; 1 Kor 12), zawsze zresztą na podłożu braterskich relacji. Społeczeństwo dwuklasowe, w którym wyróżnia się: osoby duchowne i świeckie, osoby sprawujące urzędy i zwykłych wierzących, 144000 z niebiańską nadzieją i wielki zastęp ludzi (u Świadków Jehowy) lub ochrzczonych w Duchu Świętym i ochrzczonych tylko wodą (u Zielonoświątkowców) - jest obce Biblii i przeczy miłości braterskiej. Biblia zna tylko dwie grupy, ale w innym sensie: wierzących i niewierzących, tych, którzy są wewnątrz i tych, którzy są na zewnątrz.

Jak w rodzinie starsze rodzeństwo troszczy się o młodsze, tak troszczą się też we wspólnocie starsi bracia o młodszych; jednak nie dlatego, aby ich od siebie uzależnić, lecz by ich prowadzić do jak największej samodzielności:

... dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi, celem budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według pełni Chrystusa. [Chodzi o to], abyśmy już nie byli dziećmi, którymi miotają fale i porusza każdy powiew nauki, na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości w sprowadzaniu na manowce fałszu. (Ef 4,12-14)

Im więcej ktoś otrzymał od Boga, tym większa jest jego odpowiedzialność. Biblia zna różne określenia osób niosących odpowiedzialność (Np.: „starsi” [presbyteroi] w Dz 11,30; 14,23; 20,17...; „prorocy i nauczyciele” - Dz 13,1; „episkopoi” [przetłumaczenie tego słowa na język polski stwarza pewne trudności, bo na pewno nie chodzi tu o „biskupów” w rozumieniu katolików czy protestantów, ani też o dosłowne tłumaczenie „strażnik”, którego używają Świadkowie Jehowy, a które po polsku jest zabarwione negatywnie - chodzi tu o kogoś, kto „baczy na innych, troszczy się o innych”] - Dz 20,28; Flm 1,1; 1 Tm 3,2; Tt 1,7; „pasterze i nauczyciele” - Ef 4,11; „którzy wśród was pracują, którzy przewodzą wam i w Panu was napominają” - 1 Tes 5,12; „przełożeni” - Hbr 13,7.17).

Z tych różnych określeń, które są po części utożsamiane (Np.: presbyteros i episkopos w Dz 20 i Tt 1 – co jest świadectwem przeciwko katolickiemu rozróżnianiu między kapłanami i biskupami, którzy i tak nie mają nic wspólnego z biblijnymi prezbiterami i episkopami), można jasno rozpoznać, że w nowotestamentowych wspólnotach nie było ujednoliconej struktury. Konkretna struktura danej wspólnoty była zależna bardzo silnie od warunków, w jakich ta wspólnota żyła.

Ale wszystkim nowotestamentowym wspólnotom nie była znana struktura z monarchistycznym (tzn. jednowładczym) przywódcą. Jedyną głową Kościoła jest Chrystus.

Niestety, ta monarchistyczna struktura była już dosyć wcześnie (początek II wieku) propagowana przez Ignacego z Antiochii i odtąd stała się strukturą prawie wszystkich tak zwanych kościołów. Również reformacja nie odważyła się sięgnąć do czasów przed Ignacym, nawet jeśli w protestanckich wyznaniach hierarchiczna struktura nie ma w takim wymiarze zorganizowanego charakteru jak u katolików, gdzie uznanie hierarchicznej struktury z papieżem na czele warunkuje zbawienie. Jako przykład można tu przytoczyć bullę Unam Sanctam Bonifacego VIII (1302) oraz ustalenia I Soboru Watykańskiego dotyczące nieomylności papieża:

...Dlatego ten Kościół jeden jedyny ma jedno ciało i jedną głowę, nie dwie głowy jak dziwoląg. Ta głowa to właśnie Chrystus i Piotr, Jego następca, a także następca Piotra, według tego, co powiedział Pan do Piotra: „Paś owce moje” (J 21,17). Powiedział ogólnie „moje”, a nie konkretnie te lub owe, co pozwala rozumieć, że wszystkie Mu zostały powierzone. Jeśli zatem Grecy lub inni mówią, że nie zostali powierzeni Piotrowi i jego następcom, to muszą przyznać, iż sami nie są z owiec Chrystusa, ponieważ Pan mówi u św. Jana: „Jest jedna owczarnia i jeden pasterz” (J 10,16).

...Toteż oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy, że posłuszeństwo Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia.

(Bulla Unam Sanctam (1302) – „Breviarium Fidei” - wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, Poznań 1989, str.62)

Dlatego trzymając się wiernie Tradycji otrzymanej od początku wiary chrześcijańskiej, ku chwale Boga, Zbawiciela naszego, ku podwyższeniu religii katolickiej i zbawieniu chrześcijańskich narodów, za zgodą świętego Soboru nauczamy i definiujemy jako dogmat objawiony przez Boga, że Biskup Rzymski, gdy mówi ex cathedra - tzn. gdy sprawując urząd pasterza i nauczyciela wszystkich wiernych, swą najwyższą apostolską władzą określa zobowiązującą cały Kościół naukę w sprawach wiary i moralności - dzięki opiece Bożej przyrzeczonej mu w osobie św. Piotra Apostoła posiada tę nieomylność, jaką Boski Zbawiciel chciał wyposażyć swój Kościół w definiowaniu nauki wiary i moralności. Toteż takie definicje są niezmienne same z siebie, a nie na mocy zgody Kościoła.

Jeśli zaś ktoś, co nie daj Boże, odważy się tej naszej definicji przeciwstawić, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

(1. Sobór Watykański, sesja IV, 1870 - Breviarium Fidei, Poznań 1989, str. 86)

Podczas gdy katolicy uznali jako warunek zbawienia nieposłuszeństwo słowom Jezusa z Mt 32,9, my trwamy w braterskiej wspólnocie, którą założył Jezus.

  1. codzienne spotkania

Chronologicznie rzecz biorąc, nie było to tak, że najpierw przeczytaliśmy Dz 2,42-47 a potem zdecydowaliśmy, aby codziennie razem się spotykać. Chcieliśmy po prostu jak najczęściej i możliwie najintensywniej przebywać ze sobą. Potem poznaliśmy, że Boży Duch poprowadził nas do tego samego życia wspólnotowego, jakie prowadzili pierwsi chrześcijanie. W swojej mowie, podczas Zielonych Świątek, Piotr nie głosił przykazania kościelnego: „Będziesz spotykał się codziennie ze swoimi braćmi”. Chrześcijanie to czynili, ponieważ miłość Boża była rozlana w ich sercach przez Ducha Świętego (Rz 5,5), miłość braterska, o której Paweł pisze:

Nie jest rzeczą konieczną, abyśmy wam pisali o miłości braterskiej, albowiem Bóg was samych naucza, abyście się wzajemnie miłowali (1 Tes 4,9).

Kto ma Ducha Bożego, ten kocha braci i pragnie wspólnoty oraz dzielenia życia. Jeżeli takie życie zastąpione jest rytualnymi „nabożeństwami”, pokazuje to, że Duch Boży nie ma tam już prawa głosu.

Jesteśmy świadomi, że na przestrzeni wieków zdarzały się takie sytuacje, w których codzienna wspólnota była dla chrześcijan bardzo trudna lub w ogóle niemożliwa. Ale chrześcijanie chcieli w każdej sytuacji robić to, co najlepsze, ponieważ kierowali się wzajemną miłością. Nikt nie obawiał się, że będzie miał zbyt dużo wspólnoty. To miłość do Boga prowadziła braci do przebywania razem.

Cieszymy się, że żyjemy w takim czasie, w którym zewnętrzne warunki (czas pracy, środki komunikacji) bardzo ułatwiają codzienną wspólnotę. Tym łatwiej możemy wypełniać przykazanie z Hbr 3,13:

... lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co „dziś” się zwie, aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu.

Ponieważ Jezus wyzwolił nas do osobistej relacji z Bogiem i braćmi, jasne jest, że naszego życia wspólnotowego nie mogą określać rytuały, lecz osobista społeczność ze sobą nawzajem, w której każdy ma swój udział (por. 1 Kor 14,26). Rytuał staje się koniecznością wtedy, gdy umiera żywa relacja. Tam gdzie duchowe życie przestaje być rzeczywistością, „odgrywa” się je przez rytuały.

Codzienna wspólnota prowadzi do tego, że, duchowo patrząc, każdy dzień jest świętem. Każdego dnia doświadczamy wspólnoty z Bogiem i z braćmi. Chociażby już z tego powodu nie widzimy żadnej przyczyny, by obchodzić szczególne święta.

Ta praktyka odpowiada następującym fragmentom z Nowego Testamentu:

Rz 14,5: Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami, drugi zaś uważa wszystkie za równe...

Żydochrześcijanie, ogarnięci jeszcze wpływem prawa żydowskiego, przestrzegali żydowskich świąt; chrześcijanie, którzy już zrozumieli, że przez zbawcze dzieło Jezusa Prawo nie ma już wartości, nie czynili różnic między dniami. To obowiązuje nas też dzisiaj, ponieważ wiemy, że Prawo wypełniło się w Jezusie. Okres przejściowy między Starym a Nowym Testamentem dawno już przeminął.

Dlatego też Paweł w Kol 2,16-17 pisze:

Niech więc nikt o was nie wydaje sądu co do jedzenia i picia, bądź w sprawie święta, czy nowiu, czy sabatu! Są to tylko cienie spraw przyszłych, a rzeczywistość należy do Chrystusa.

Kto chce przestrzegać dni świątecznych, ten nie pojął jeszcze znaczenia zbawienia. Święta są przecież tylko cieniem przyszłych spraw. My wierzymy, że wieczna rzeczywistość w Chrystusie już nadeszła i przez to przeżywamy każdego dnia uroczystość Jego obecności we wspólnocie świętych.

Gal 4,9-11:... Teraz jednak, gdyście Boga poznali i, co więcej, Bóg was poznał, jakże możecie powracać do tych bezsilnych i nędznych żywiołów, pod których niewolę znowu chcecie się poddać? Zachowujecie dni, święta nowiu i lata! Obawiam się o was: czy się dla was nie trudziłem na próżno.

Również ten fragment pokazuje, że zachowywanie „dni, świąt nowiu, lat” jest powrotem do „bezsilnych i nędznych żywiołów”. Dokładne opisanie znaczenia owych „żywiołów” stanowiłoby osobne zagadnienie, który wykraczałoby poza ramy tego opracowania - jasne jest jednak, że Paweł widzi przestrzeganie żydowskich świąt przez chrześcijan jako zagrożenie dla ich zbawienia, ponieważ zaprzecza to chrześcijańskiej wolności.

Pierwsi chrześcijanie nie obchodzili „chrześcijańskich” świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Boże Narodzenie sięga swoimi korzeniami pogaństwa, a Wielkanoc jest również silnie przesiąknięta takimi zwyczajami. Święta te niosą z sobą zagrożenie poprzez to, iż jednorazowe wydarzenia wcielenia się Logosu oraz śmierci i zmartwychwstania Jezusa zostają zamienione na regularnie powtarzające się mity. Zmartwychwstanie Jezusa stało się symbolem ponownie budzącej się do życia przyrody, a Boże Narodzenie - świętem światła, które wcześniej było obchodzone jako święto niezwyciężonego boga słońca Sol Invictus. Pogaństwo powróciło pod płaszczykiem chrześcijaństwa.

W Chrystusie dni i pory roku straciły swoje znaczenie. Jednakże również w dzisiejszych czasach powinny być zachowywane socjalne prawa dotyczące regularnych dni odpoczynku. Dobrą rzeczą jest, że dzięki postępowi technicznemu, w wielu krajach dwa dni odpoczynku w tygodniu stały się regułą. Również w czasach ograniczania praw socjalnych w żadnym przypadku nie powinno się rezygnować z tego osiągnięcia. Rosnąca produktywność powinna właściwie prowadzić do dalszej redukcji czasu pracy.

W żadnym przypadku nie odrzucamy państwowo ustalonych świąt, raczej pochwalilibyśmy zwiększenie ich ilości (co dziś, niestety, jest utopią). Również dla nie-chrześcijan słusznym jest, by sobie uświadamiać, że praca nie jest celem życia. Społeczeństwo, którego głównym celem jest wzrost gospodarczy, zmierza nieuchronnie ku upadkowi.

Oczywiście cieszymy się z tego, gdy ustalone państwowo dni świąteczne stwarzają nam większą możliwość wspólnoty i kiedy na dłuższych weekendach możemy czasem spotkać braci, którzy mieszkają daleko od nas.

  1. Podział dóbr kultury duchowej i materialnej”

Dz 4,32: Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.

Didache (wczesnochrześcijańskie pismo z I wieku) 4,8: Nie odwracaj się od potrzebującego, lecz dziel się wszystkim z bratem twoim, a nie mów, że jest to twoja własność, jeśli bowiem macie wspólny udział w nieśmiertelności, to tym bardziej powinniście go mieć w dobrach doczesnych.

Tak samo jak codzienna wspólnota, tak i dzielenie zarówno duchowych, jak i materialnych dóbr, jest następstwem miłości, którą Bóg włożył w nasze serca.

W dobrze funkcjonującej rodzinie, jej członkowie dzielą się ze sobą nawzajem. Nie „moje” lub „twoje” jest w centrum, lecz „nasze”. To, co jest możliwe w ziemskiej rodzinie, miałoby się nie udać w rodzinie Bożej?

Wśród niewierzących powiada się: „Gdzie chodzi o pieniądze, tam kończy się przyjaźń”. We wspólnocie mówi się: „Bracie, podzielę się z tobą”.

Wzajemne dzielenie się jest oczywiście możliwe przy założeniu, że jest to chrześcijańska wspólnota. Jeżeli komuś nie mogę ufać, to nie mogę mu też powierzyć swoich pieniędzy. Jeżeli wiem, że ktoś obchodzi się z moimi pieniędzmi tak samo starannie, jak ze swoimi, ponieważ są one nasze; jeżeli wiem, że nie jest on rozrzutnikiem, pijakiem, palaczem, który moje pieniądze wykorzysta dla swoich grzesznych celów, wtedy mogę się z nim dzielić.

Jako chrześcijanie wiemy, że wszystko otrzymaliśmy od Boga, aby to jak najlepiej dla Niego wykorzystać. Dlatego możemy się też dzielić. Chrześcijaństwo oznacza koniec egoizmu. Wspólnota dóbr jest istotnym wyrazem miłości.

To, jak wygląda wspólnota dóbr, zależy bardzo silnie od sytuacji danej wspólnoty. Im bardziej intensywne jest życie wspólnotowe, tym bardziej intensywna będzie też wspólnota dóbr.

W każdym przypadku wspólnota dóbr musi odbywać się na bazie dobrowolnego dawania (por. Dz 5,4).

Co powiedzieliby nasi krytycy, słysząc następujące słowa z naszych ust:

Czy w braterskiej wspólnocie należy posiadać coś swojego? - Jest to przeciwne świadectwu Dziejów o tych, którzy uwierzyli. Jest napisane: Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał. Dlatego, kto nazywa coś swoim, czyni siebie obcym dla Kościoła Bożego i dla miłości Pana, który pouczył nas, zarówno słowem, jak i czynem, że trzeba dawać za przyjaciół swoje życie, a nie tylko rzeczy zewnętrzne. (przypis tłumacza: rzeczy zewnętrzne: dobra materialne. Wyrzeczenie się posiadania dóbr – według Bazylego – obowiązuje nie tylko w braterskiej wspólnocie, było bowiem praktykowane w całym Kościele apostolskim.)

(Św. Bazyli Wielki. Pisma Ascetyczne, Reguła krótsza 85, t.2, Kraków 1995, str. 276-277)

Ci, którzy na świecie posiadali jakieś dobra, niech dobrowolnie przekażą je na wspólną własność.

(Św. Augustyn. Pisma Monastyczne, Reguła Św. Augustyna, Kraków 2002, str. 155)

Tę zwłaszcza wadę należy w klasztorze wykorzenić: Niech się nikt nie ośmiela cokolwiek dawać lub przyjmować bez pozwolenia opata, ani czegokolwiek posiadać na własność, choćby najmniejszej rzeczy, ani książki, ani tabliczek do pisania, ani rylca, niczego w ogóle. Mnisi nie mają przecież prawa rozporządzać samodzielnie nawet własnym ciałem i własną wolą, a wszystkiego, co niezbędne, oczekują od ojca klasztoru. Każdemu tylko to posiadać wolno, co mu opat sam dał lub na co mu pozwolił.

Wszystko dla wszystkich powinno być wspólne i niechaj nikt niczego nie nazywa swoim ani za swoje nie uważa. Gdyby się okazało, że ktoś przywiązał się do tej szkaradnej wady, należy takiego brata raz i drugi upomnieć. Jeśli się zaś nie poprawi, podlega karze.

(Reguła św. Benedykta, rozdz. 33: Czy mnisi powinni posiadać coś na własność?)

Gdyby nawet właśni rodzice coś mu przysłali, niechaj nie waży się przyjąć, dopóki nie przedstawi sprawy opatowi. Opat zaś, jeśli poleci przyjąć, sam zadecyduje, komu rzecz tę należy przydzielić, a brat, któremu ją przysłano, niechaj się nie smuci, by nie dawać okazji diabłu. Kto by ośmielił się postąpić inaczej, poniesie karę przewidzianą w Regule.

(Reguła św. Benedykta, rozdz. 54: Czy mnich może otrzymywać listy lub cokolwiek innego?).

Wspólnota dóbr jest całkowita (Frere Roger, Reguły Taize, 7. wydanie 1974, str. 51 – tłum. wł.).

To, co „najdostojniejsze dzieci Kościoła” (tak H.U. von Balthasar nazywa założycieli zakonu) mogły zrealizować tylko dzięki przymusowi i pod groźbą kary, to jest we wspólnocie dziełem miłości, która daje na podstawie dobrowolnej decyzji.

Aby uniknąć nieporozumień, trzeba nadmienić, że odrzucamy wspólnotę dóbr w sensie absolutnym, jak to ukazują w/w reguły zakonne, jako zaprzeczającą godności człowieka.

Jest to po prostu hańbiące, by dawać odczuć człowiekowi zależność od tak zwanych duchowych przywódców również w drobnostkach życia codziennego (książka, rylec...). Biblijna koncepcja wspólnoty dóbr, do realizacji której również my dążymy, oparta jest na zasadzie prywatnej własności, gdzie każdy z własnej woli wnosi swój wkład dla dobra wspólnoty.

Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg. (2 Kor 9,7)

Jest rzeczą normalną między chrześcijanami, że omawia się wspólnie osobiste problemy, wątpliwości, przewinienia. Jest to oparte na głębokim zaufaniu, które możemy mieć do siebie nawzajem w Jezusie. Oczywiście, pan Kluge musiał znowu to zinterpretować negatywnie, że jakoby przez to można celowo wpływać na poszczególne osoby.

Każdy człowiek stale ulega wpływom. Kto sądzi, że nie ulega wpływowi, ten pokazuje tylko swoje bezkrytyczne widzenie świata. Jasne jest, że my także wpływamy na siebie nawzajem, ale nie w tym sensie, w jakim nam się to zarzuca. Jesteśmy razem dlatego, aby poprzez zachęty i napomnienia umacniać się nawzajem w drodze do Boga.

Dzięki naszej wolności możemy określać, kto ma na nas wpływ. Nie ulegamy wpływowi ogłupiających środków masowego przekazu, ale świadomie, lecz nie bezkrytycznie, poddajemy się pozytywnemu wpływowi Bożemu poprzez częste czytanie Biblii i wspólnotę z braćmi. Braterska krytyka i napomnienia są zawsze jasne i otwarte. Natomiast stosowanie psychologicznych trików, dynamicznych efektów grupowych itd., przeczy godności człowieka, dlatego nie znajdzie się takich metod wśród chrześcijan.

Bracia, z którymi dzielimy nie tylko pewne akty kultu, lecz każdy dzień, których grzechy i słabości nie są nam obce, którzy nie szukają swoich korzyści, lecz chcą dawać, którzy są również gotowi przyjmować napomnienia, - są na pewno bardziej godni zaufania niż jacyś guru, czy duchowni, którzy nie są gotowi, tak jak Paweł „dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze” (1 Tes 2,8), lecz przez przywłaszczone sobie tytuły, utrzymują dystans wobec innych.

e) „wykluczenie grzeszników ze wspólnoty”

Słowa Jezusa na ten temat są całkiem jednoznaczne:

Gdy brat twój zgrzeszy <przeciw tobie>, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie (Mt 18,15-18).

Również Paweł zajmuje w tej kwestii jednoznaczne stanowisko:

Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to o takiej rozpuście, jaka się nie zdarza nawet wśród pogan; mianowicie, że ktoś żyje z żoną swego ojca. A wy unieśliście się pychą, zamiast z ubolewaniem żądać, by usunięto spośród was tego, który się dopuścił wspomnianego czynu.

Ja zaś ... już potępiłem, ..., sprawcę owego przestępstwa. ... wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała, lecz ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa.

Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu całe ciasto zakwasza? Wyrzućcie więc stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, ...

Tak przeto odprawiajmy święto nasze, nie przy użyciu starego kwasu, kwasu złości i przewrotności, lecz - przaśnego chleba czystości i prawdy...

Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku...

Usuńcie złego spośród was samych. (z 1 Kor 5)

Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem ma wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego - według tego, co mówi Bóg: Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. Przeto wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami - mówi Pan wszechmogący. Mając przeto takie obietnice, najmilsi, oczyśćmy się z wszelkich brudów ciała i ducha, dopełniając uświęcenia naszego w bojaźni Bożej. (2 Kor 6,14-7,1).

Wczesnokościelna praktyka przyjmowała te słowa poważnie, często były one nawet interpretowane zbyt surowo. Również u późniejszych autorów wielkich „kościołów” znajdujemy jasne wypowiedzi w tym kierunku, nawet jeśli nie uczynili oni nic, by je urzeczywistnić.

...Przez to wyznaczona jest bardzo jasna granica między kościołem, a społeczeństwem, która nie zezwala na płynne przejścia. Wyrazem tego wyraźnego podziału jest brak jakichkolwiek zahamowań ze strony Pawła, by rozróżnić między „wierzącymi” i „niewierzącymi”. Komu by w dzisiejszych czasach przyszło do głowy, żeby w swoim otoczeniu dokonywać podziału na poziomie językowym w takiże sposób.
Paweł natomiast dokonuje tutaj zasadniczego podziału - na podstawie tego, co Nowe, co zaczęło się wraz z Chrystusem i Kościołem powstałym w świecie. I tak rozróżnia on nawet pomiędzy tymi „wewnątrz” (1 Kor 5,12) i tymi „na zewnątrz” (1 Kor 5,12n; 1 Tes 4,12).
Paweł nigdy jednak nie rozróżnia między chrześcijanami, którzy tylko zewnętrznie przynależą do wspólnoty i praktykującymi wierzącymi. Być chrześcijaninem oraz przynależeć do widocznej, zgromadzającej się wspólnoty to dla niego jedno i to samo. Więcej jeszcze! Bycie chrześcijaninem wymaga, żeby otrzymane przez chrzest uświęcenie oraz moralne życie ochrzczonego, były nierozłączne. Jeśli między nimi powstaje zbyt głęboka przepaść, wówczas Paweł wymaga wyciągnięcia konsekwencji (jak to następuje w 1 Kor 5,9-11).
To bardzo surowe zarządzenie - oddzielnie to rozpatrując - może sprawiać nawet wrażenie, jakoby Paweł w ogóle nie kierował się chrześcijańskim miłosierdziem wobec osoby dopuszczającej się winy. Zarządzenie to wyraża w dobitny sposób biblijną zasadę, którą można nazwać świętością kościoła. Kościół nie jest jedynie uświęcony przez czyn zbawczy Jezusa, musi on urzeczywistniać to uświęcenie, żyjąc w odpowiedni sposób. Jeśli zaś nie będzie tego robić, wówczas upodobni się do świata. Paweł nie ma żadnych wewnętrznych oporów, by odnieść do wspólnoty w Koryncie formułę prawa, która miała stać na straży świętości starotestamentowego Narodu Bożego: „Usuniesz zło spośród siebie” (por. Pwt. 17,7; 1 Kor 5,13). Również tutaj widoczne jest ostre przeciwstawienie Kościoła i świata.

(Gerhard Lohfink, Wie hat Jesus Gemeinde gewollt?, Freiburg im Breisgau 1982, str. 149-150; tłum. wł.)

Gmina wezwana jest do zawiadywania urzędem kluczy, ... ; sam Bóg ma teraz wydać wyrok na grzesznika. Jeśli odbędzie szczerą pokutę oraz wyzna publicznie swój grzech, otrzyma odpuszczenie wszystkich grzechów w imię Boga (por. 2 Kor 2,6n), jeżeli jednak trwać będzie w swoim grzechu, to gmina będzie musiała mu w imieniu Boga zatrzymać jego grzech. Oznacza to wszakże wykluczenie ze wszystkich wspólnot gminy: „nich ci będzie jak poganin i celnik” (Mt 18,17).... Wykluczenie z gminy potwierdza jednak jedynie zaistniały już fakt, to bowiem nieskłonny do pokuty grzesznik „sam na siebie wydaje wyrok” (Tt 3,11). Nie gmina wydaje na niego wyrok, on sam wydał go na siebie. Owo całkowite wykluczenie określa Paweł jako „wydanie szatanowi” (1 Kor 5,5; 1 Tm 1,20). Winnego oddaje się z powrotem światu, w którym panuje szatan i czyha śmierć.... Winny zostaje usunięty ze wspólnoty Ciała Chrystusa, ponieważ sam ją opuścił. Nie przysługują mu już żadne prawa do gminy. Jednakże jeszcze i ten ostatni środek służyć ma wyłącznie zbawieniu brata, którego dosięgnął „ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa” (1 Kor 5,5), „ażeby się oduczyli bluźnić (1 Tm 1,20). Powrót do gminy bądź osiągnięcie zbawienia to powód nakładania rygorów przez wspólnotę. Jest ono działaniem pedagogicznym. I tak, jak nie ulega wątpliwości, że orzeczenie gminy trwa w wieczności, gdy brat nie podejmuje pokuty, tak wyrok pozbawiający grzesznika zbawienia jest jedynie ostatnią z możliwych propozycji uczestnictwa we wspólnocie Kościoła i zbawienia.

W ten sposób probierzem uświęcenia gminy staje się jej postępowanie, godne Ewangelii. Przynosi ono owoc ducha i trwa w ryzach słowa. Jest gminą tych, których uświęceniem jest sam Chrystus (1 Kor 1,30) i którzy zmierzają ku paruzji.”

(Dietrich Bonhoeffer, Naśladowanie, Poznań 1997; str. 218-220)

W końcu dyscyplina we wspólnocie (to znaczy gotowość, aby napominać grzeszących braci, a w przypadku braku gotowości do zmiany, aby się od nich oddzielić) jest kwestią miłości i tożsamości wspólnoty. Miłość nie patrzy na grzesznika bezczynnie, ale wskazuje grzesznikowi na duchowe niebezpieczeństwo, w którym się on znajduje. Miłość nie będzie biernie patrzeć, jak człowiek duchowo umiera. Celem wykluczenia jest ostatecznie: „aby jego duch był zbawiony”, nawet jeżeli nie mamy żadnej gwarancji, że grzesznik się nawróci.

Jeżeli ktoś, mimo intensywnych napomnień i zachęt, trwa w grzechu, sprzeciwia się uświęceniu, to nie ma dla niego miejsca we wspólnocie uświęconych przez Boga. Może konfrontacja ze światem będzie mogła mu jeszcze pomóc i pokazać, co stracił przez swoje grzechy. Może to „wydanie szatanowi” (co nie oznacza, że szatan ma jakąś szczególną moc, by męczyć grzesznika, ale że ktoś nie jest we wspólnocie, lecz w świecie, w którym według słów Jezusa, szatan jest władcą (J 14,30)) doprowadzi do „zatracenia ciała”, to znaczy do porzucenia grzesznej, przeciwnej Bogu postawy.

Inna rzecz, o którą tu też chodzi, to tożsamość wspólnoty. Jeżeli wspólnota zbawionych ma w swoich szeregach również takich, którzy przeciwstawiają się zbawczemu dziełu Jezusa i dla których grzech jest ważniejszy niż naśladowanie Jezusa, to przestaje ona być wspólnotą.

Oczywiście jest dla nas jasne, że nigdy nie było i nie będzie bezgrzesznej wspólnoty. Wyznawanie grzechów nie jest dla nas „werbalnym przyznaniem”, ale wyrazem walki z grzechem.

Jan Apostoł, w swoim pierwszym liście, podkreśla z jednej strony, że chrześcijanin nie grzeszy (1 J 3,3-10), z drugiej strony pisze, iż każdy, kto mówi, że nie zgrzeszył, czyni z Boga kłamcę (1 J 1,8-10). Te dwie wypowiedzi nie są sprzeczne ze sobą. W trzecim rozdziale Jan mówi zasadniczo o życiu zbawionego, który ma zupełnie nową postawę do grzechu i nie czyni już wielu rzeczy, które piętnowały jego stare życie. Życie chrześcijanina jest życiem w wolności i w zwycięstwie nad grzechem. Ale właśnie wtedy, gdy ktoś stara się żyć w uświęceniu, o wiele wyraźniej będzie zauważał, jak wiele rzeczy nie jest jeszcze w porządku, jak wiele grzechów, mimo wszystko, jest jeszcze w jego życiu. ...wszyscy bowiem często upadamy (Jk 3,2).

Kto podporządkowuje swoje życie Jezusowi i dzieli je ze swoimi braćmi, ma oczywiście mniej do czynienia z innymi ludźmi. Jezus stawiał to swoim uczniom jako podstawowe wymaganie, aby w porównaniu z relacją do Niego, wszystkie inne relacje zeszły na dalszy plan.

Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego, i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim. (Łk 14,26).

Dla Jezusa duchowe pokrewieństwo stało wyżej niż to naturalne:

I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: „Oto matka moja i bracia moi. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mt 12,49-50).

Życie możemy dzielić tylko z tymi, którzy naśladują tego samego Pana. Ale takiego zobowiązania się do zerwania wszelkich więzów rodzinnych, jakie pojawia się w katolickich zakonach, nie ma w Bożej wspólnocie.

Posłużmy się tu znowu cytatem:

Dlatego w ogóle nie należy pozwalać krewnym ani gościom rozmawiać z braćmi, chyba że jesteśmy przekonani, iż będą prowadzić rozmowy ku zbudowaniu i doskonaleniu duszy.”

(Św. Bazyli Wielki. Pisma Ascetyczne, Reguła dłuższa nr 32, t.2, Kraków 1995, str. 134)

Co powiedziałby pan Kluge, gdybyśmy sformułowali coś w tym rodzaju? Kontrola środowiska? Kontrola informacji? Typowa oznaka sekty! A przecież Bazyli czczony jest przez swój „kościół” jako święty.

We wspólnocie Jezusa są tylko aktywni członkowie. Dlatego czysto formalne członkostwo w kościele Jezusa jest niedorzecznością. Życie wspólnotowe i anonimowość przeczą sobie jak woda i ogień. Dlatego niemożliwe jest, aby „kościoły”, w których przeważająca większość członków nie akceptuje nawet własnych prawd wiary, nazywać kościołami. Jeżeli życie wspólnoty zastąpione jest formalizmem, pokazuje to jasno, że nie działa tu Duch Boży.

Nie zarzucamy „organizacjom kościelnym” chrztu niemowląt, lecz to, że dzieci nie są ochrzczone we wspólnotę braci i sióstr, w której będą wychowane do chrześcijańskiego życia. Nie chodzi o rozstrzygnięcie kwestii czy chrzcić niemowlęta czy dorosłych, lecz czy chrzest jest dokonywany we wspólnocie wierzących czy w formalistycznej organizacji.

Podatek kościelny jest dla chrześcijan czymś absolutnie nie do pomyślenia. Z moimi braćmi dzielę i tak wszystko, co mam - na podstawie wolnej relacji miłości. Zobowiązywanie kogoś do datków przez państwowy obowiązek, jest odrzuceniem podstawowego kryterium bycia Bożą wspólnotą. Jeżeli jakieś dzieło jest od Boga, to wierzący stoją za tym i dają więcej niż to konieczne, bez przymusu. Datki z przymusu są brakiem zaufania wobec Boga i wierzących, a właściwie przyznaniem się do swej własnej niewiary.

Gdy Kluge pisze o naszych stosunkach do osób spoza grupy, waha się w swej terminologii między „innowiercami” a „chrześcijanami spoza Grupy”.

Z innowiercami, a więc niechrześcijanami, wspólna modlitwa nie jest możliwa, ponieważ musi być przecież jasne, że modlimy się do tego samego Boga. Ta zasada była w pierwszych wiekach oczywista. Z ludźmi, którzy szczerze szukają Boga, modlimy się chętnie. Również z chrześcijanami „spoza Grupy” wspólna modlitwa jest samo przez się zrozumiała. Zawsze bardzo się cieszymy, kiedy spotykamy chrześcijan, którzy niezależnie od naszej wspólnoty znaleźli Jezusa i cieszymy się głęboko z jedności z nimi.

Znakiem chrześcijaństwa dla innych jest nie „nasza grupa", ale wzajemna miłość, którą Bóg wlał w serca wszystkich swoich dzieci.
Kiedy poznajemy chrześcijan to oczywistym i naturalnym jest, że chcemy wspólnie starać się o jedność i ją znaleźć. Jednak niedopuszczalne jest piętnowanie braci w wierze jako sekciarzy, co czyni pan Kluge, który niejako uważa nas za chrześcijan, a jednak z drugiej strony, określa sektą. Przy czym należy zaznaczyć, że nie podjął on nigdy najmniejszej próby dojścia z nami do jedności.

Nie uważamy się za wspólnotę elitarną. Pośród chrześcijan nie ma prawa powstać podział na elitę i normalnych członków. Każdy jest święty i każdy stara się o wzrost w wierze. Naszym celem nie jest wywyższanie się, lecz pokorna służba. Nie mamy prawa być pyszni z tego, co sami tylko otrzymaliśmy.

Nie jesteśmy jednak gotowi z powodu pozornej pokory zrezygnować ze stwierdzenia, że chrześcijaństwo jako jedyne posiada prawdę. Przekonanie, że tylko chrześcijaństwo jest prawdą (co siłą rzeczy oznacza, że wszystkie inne drogi są fałszywe) nie jest wyniosłością. Takie było też przekonanie Jezusa (J 14,6) i apostołów (Dz 4,12). Tego przekonania i my chcemy się mocno trzymać. Sami doświadczyliśmy tego, że Bóg powołał nas z ciemności do światła, z kłamstwa do prawdy. Teraz możemy wołać innych, aby uczynili ten sam krok nie dlatego, że sami sobie wydajemy się dobrzy, lecz dlatego, że wiemy, iż Jezus jest jedyną drogą do Boga. Pragniemy dzielić się z innymi tym darem, który otrzymaliśmy od Boga.


Nie jesteśmy gnostykami, którzy postrzegają ludzi jako „istoty uwięzione w materii”, ponieważ materia jest również częścią Bożego stworzenia. Nie myślimy też, że osiągnęliśmy szczególnie wysoki religijny i moralny poziom. Cóż to za świat, który to, co normalne przedstawia już jako zbyt wysoki poziom! Nie chodzi o to, czy się coś „osiągnie” czy nie; jako chrześcijanie żyjemy z Bożej siły i doświadczamy, iż Jego przykazania nie są ciężkie.

Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu jego przykazań, a przykazania jego nie są ciężkie. (1 J 5,3)

Odnośnie Dz 2, 42- 46: Nie chodzi nam o formalne kopiowanie konkretnego, uwarunkowanego ówczesnymi warunkami, modelu wspólnoty ani też tego nie czynimy. Jednak z Dz 2 wyraźnie widać, jak Boży Duch napełnił młodych chrześcijan miłością do Boga i do siebie nawzajem. Ona to stanowi trwałą podstawę wspólnoty chrześcijańskiej, niezależnie od warunków czasowych w jakich chrześcijanie żyją. Ta sama miłość, która prowadziła chrześcijan do codziennej wspólnoty oraz dzielenia dóbr materialnych, prowadzi także nas, nawet jeśli jej urzeczywistnienie w dzisiejszych czasach wygląda trochę inaczej niż w Jerozolimie w roku 30 lub w Efezie w roku 55. Nie zawsze i nie wszędzie codzienna wspólnota była tak łatwa jak w naszych czasach. Chrześcijanie czynili wszystko, co mogli, lecz warunki nie zawsze pozwalały na codzienne spotkania. W naszych czasach natomiast pozwalają, co z wdzięcznością przyjmujemy jako dar, nie patrząc na to z punktu widzenia wysoko- albo niskowartościowego modelu wspólnoty.

Jezus powołał nas do świętego życia. Stąd rzeczą oczywistą jest, że wspólnota oczekuje od swoich członków wysokiego moralnie poziomu życia. Taka jest nauka Biblii (Np.: Flp 2,14-15: Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy, jako nieskazitelne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego. Pośród niego jawicie się jako źródła światła w świecie...) oraz tradycja wczesnego kościoła (Np.: Atenagoras, Prośba za chrześcijanami: ...wiecie więc, że najmniejszej nawet myśli o grzechu nie dopuszczają do siebie ludzie, dla których normą życia jest Bóg: pragniemy przecież, aby każdy z nas był w obliczu Boga człowiekiem nienagannym i bez zarzutu. w: Stanisław Kalinkowski „Prośba za chrześcijanami. O zmartwychwstaniu umarłych. Atenagoras z Aten”, Warszawa 1985, str.29)


Nie jest jasne czy Kluge chce nas tu pochwalić, czy też dążenie do moralnego życia rozumie on jako cechę sekty (Brak dążenia do moralności stanowi z kolei pewny dowód na to, że dana organizacja nie jest już kościołem). Zakładamy to lepsze, i korygując, nadmieniamy, że wyrażenia „fałszywe świadectwo” z reguły nie używamy na określenie swobodnego stylu życia.

E. „Słowo Boże niech mieszka w was obficie!” (Kol 3,16)
Odnośnie „Stosunek do Biblii”

Wyznajemy, że Biblia jest naszym jedynym źródłem wiary. To, co katolicy i prawosławni określają jako tradycję, nie stanowi w żadnym wypadku źródła wiary, ponieważ przekazy te nie sięgają swoimi korzeniami do czasów apostolskich i często stoją w sprzeczności z Biblią.

Jest to zatem oczywiste, że podczas naszych wspólnych rozmów staramy się coraz lepiej poznać i zrozumieć Pismo Święte. Odrzucamy jej fundamentalistyczne rozumienie oparte na werbalnej inspiracji, ponieważ nieuchronnie prowadzi ono do rezygnacji z używania rozumu, który Bóg dał nam, byśmy Go coraz lepiej rozumieli. Podobnie odrzucamy podejście liberalnej teologii, która redukuje Biblię do miernego, ludzkiego wytworu. Ponadto sposób argumentacji liberalnych teologów często nie jest krytyczny i historyczny, lecz określony przez cele ich własnej teologii. Nie przyjmujemy Biblii dosłownie, ale poważnie.

Bóg objawił się tak jasno, że każdy, kto Go poważnie szuka, znajdzie Go w Jego Słowie. Boża wola jest poznawalna dla każdego.

Zarzut, iż widzimy Biblię „jako rodzaj wyroczni” nie tylko jest niesprawiedliwy, ale też zaprzecza własnemu stwierdzeniu pana Kluge o naszym „względnie wysokim teologicznym poziomie”. Ten zarzut pokazuje, że w jego krytyce nie chodzi o pomoc i obiektywizm, ale o oszczerstwo.

Odrzucamy zdecydowanie każdy sposób traktowania Biblii jako rodzaju gry, Np. ciągnięcie wersetów z powodu różnych okazji (Np. Nowego Roku). Do tego należą tak popularne w kręgu ewangelików i wolnych kościołów „wersety na każdy dzień z Herrnhut”.

Wiemy, że Biblia „nie zawiera dokładnej odpowiedzi na każde pytanie”. Z jednej strony jest oczywiste, że Bóg objawił w niej wszystko, co jest konieczne dla zbawienia człowieka i że nie potrzebujemy dodatkowego objawienia albo przekazu, aby odkryć Boga i nasze zbawienie. Z drugiej strony istnieje wiele rzeczy, na które Biblia nie daje nam jednoznacznej albo żadnej odpowiedzi. Dotyczy to wielu punktów praktycznego życia. Sumaryczne relacje Dziejów Apostolskich pokazują nam tylko niektóre podstawowe zasady. Wiele odnośnie naszej dzisiejszej sytuacji musimy rozpoznać przez myślenie poddane Bożemu prowadzeniu. Nie jesteśmy „biblijnymi pozytywistami”, tak jak tzw. „wspólnoty Chrystusowe”, które to chcą całe swoje działanie pozytywnie uzasadnić wersetami z Nowego Testamentu.

Stwierdzenie, że tylko ludzie kompetentni (tzn. odpowiedzialni) mogą właściwie rozumieć i interpretować Biblię, można prawdopodobnie przeczytać w katolickich podręcznikach. Nie stanowi to jednak naszej nauki. Nie posiadamy monopolu na interpretację Biblii, tak jak to sobie rości rzymsko-katolicki Urząd Nauczycielski albo Towarzystwo Strażnica. Siła bądź słabość naszej interpretacji leży w sile bądź słabości naszych, zrozumiałych dla każdego, argumentów.

My również cieszymy się i jesteśmy wdzięczni, że Biblia jest powszechnie dostępna, że katolicki monopol w tym punkcie został złamany, że dzisiaj nikt nie jest wydalany z kraju z powodu posiadania niekatolickiego wydania Biblii. Pismo Święte nie może się samo bronić przed niewłaściwą interpretacją. Smutne jest tylko, co niektórzy ludzie uczynili i co czynią z Bożego Słowa. Jednak dzięki wolności wyrażania opinii i prowadzenia otwartej dyskusji możliwe jest wykazanie, gdzie jest prawda.

Jeszcze parę słów do biblijnych fragmentów, których niewłaściwą interpretację zarzuca nam G. Kluge:

a) wobec zarzutu „przenoszenia modelu życia niektórych wspólnot I wieku bez jakiegokolwiek zróżnicowania na czasy dzisiejsze” zajęliśmy już stanowisko. Oczywiście temat „codziennej wspólnoty” jest dla pana Kluge trudny do przełknięcia. Nas przynagla do tego miłość.

b) „Kościół jako wspólnota grzeszników”:

Taki werset biblijny nie istnieje, i dlatego nie możemy uważać go za „alegoryczny” lub „odrzucać jako uwarunkowany epoką”. Inni natomiast czynią tak z wersetami, które mówią o świętości wspólnoty, Np.: Mt 18,15-18; 1Kor 5,1-13; 2Kor 6,14-7,1; Ef 1,4; 5,25-27; Kol 1,9-11.21-23; Ap 2,5; 3,15-16; 14,4-5.

c) „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni!” (Mt 7,1):

Mówiąc te słowa, Jezus nie miał na myśli, że fałszu nie należy nazywać fałszem, ani że nie należy napominać grzesznika.

Nasze słowo (autor ma na myśli Mt 7,1), które mówi o nieuchronnym sądzie Bożym jest w najgorszy sposób interpretowane, gdy czyni się z niego obrońcę moralnej swobody. Dobro pozostaje dobrem, a zło pozostaje złem. (J. Schniewind, „Ewangelia wg Mateusza”, 1964, s.97 – tłum. wł.).

Według słów pana Kluge, Jezus w Mt 23 „w dość pyszny sposób odrzucił” innych żydowskich wierzących, nie mówiąc już o tym, jak Jan Chrzciciel i niezliczona liczba innych starotestamentowych proroków dobitnie napominała współczesnych im ludzi, nawołując ich do nawrócenia. Cóż powiedziałby pan Kluge na temat napastliwych zaczepek i obelg „wielkiego reformatora” Lutra? Iluż to ludzi osądził „kościół”, którego księdzem jest Gerald Kluge, nie tylko słowami, ale też mieczem i stosami? My odcinamy się od tych przestępstw dokonywanych w imię chrześcijaństwa i nadal będziemy nazywać dobro dobrem, a zło złem.

Właśnie dlatego, że przynagla nas Boża miłość do ludzi, nie możemy ignorować grzechów.

Ja zaś zaprawdę pełen jestem mocy Ducha Pańskiego, sprawiedliwości i męstwa, abym ogłaszał Jakubowi jego występki, grzech jego Izraelowi. (Mi 3,8)

W związku z Mt 7 warto zwrócić uwagę na werset 6:

Nie dawajcie psom tego, co święte i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami i obróciwszy się, was nie poszarpały.

Właśnie ten werset zakłada, że należy oceniać, kto jest otwarty na Boże Słowo, a kto nie. Powinniśmy także być świadomi, że miara, którą przykładamy do innych, będzie także przyłożona do nas. Jezus w Mt 7, tak jak i Paweł w Rz 2,1, odrzuca takie zachowanie, gdy ktoś innych ocenia, samemu czyniąc to, za co innych krytykuje. Chcemy przykładać Bożą miarę nie tylko do innych, ale tym bardziej do nas samych.

Kiedy jasno określone są warunki sądzenia i wyrokowania, wtedy możesz postarać się wyjąć drzazgę z oka swego brata (5). Jeżeli tak nie jest, wówczas człowiek wyniosły i obłudny staje się osądzonym sędzią. (H. Frankenmoelle, Matthaeus Kommentar 1, 1994; S. 262-263 – tłum. wł.)

Bo, jak mi się zdaje, nie zakazuje tu sądzenia wszystkich grzechów w ogóle ani nie wzbrania czynienia tego, jedynie tym, którzy sami są obarczeni niezliczonymi grzechami, a innych strofują za małe. Wydaje mi się, że tu również wskazuje na Żydów, którzy będąc surowymi sędziami swych bliźnich w rzeczach pomniejszych i nic nie znaczących, nie zwracali uwagi na siebie samych i popełniali wielkie grzechy; ...

(Jan Chryzostom, Homilia XXIII, w: Św. Jan Chryzostom. Homilie na Ewangelię wg św. Mateusza. Część pierwsza: homilie 1-40, w serii: Źródła myśli teologicznej, Kraków 2003, str. 284)

Dla zrozumienia Mt 7 ważne jest również następujące zdanie Pawła:

Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko Duchem można to rozsądzić. Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony. (1 Kor 2,14-15)

Te słowa nie są wyrazem ludzkiej pychy, ale zrozumienia duchowej rzeczywistości przez tych, którzy się pokornie uniżyli wobec Boga i otrzymali od Ducha Bożego zdolność, aby wszystko osądzać. Nawet, jeśli być może G. Kluge odmawia nam posiadania Ducha Świętego, to jednak musi przyznać, że Duch Święty, według świadectwa Pisma Świętego daje tę zdolność osądu. Pan Kluge wypowiada się o nas dość negatywnie, nie zastanawiając się nad tym, że wiele rzeczy, które u nas określa jako sekciarskie, w jego kościele są chwalone jako cnoty. Być może nasz krytyk powinien samego siebie sprawdzić w świetle Mt 7,1.

d) Rzymian 14

W kontekście tego fragmentu mowa jest o postawie chrześcijan wobec prawa żydowskiego. Słabymi tutaj nie są ci, którzy są uzależnieni od alkoholu albo nie mogą rzucić palenia... Słabi z Rz 14 to chrześcijanie, którzy zachowywali jeszcze rytualne prawa Starego Testamentu, ponieważ nie pojęli jeszcze pełnego wymiaru zbawienia w Jezusie. Ignorując przepisy pokarmowe, postępowali wbrew swemu sumieniu i popadli w niebezpieczny konflikt, którego Paweł chciał im oszczędzić.

Ta sytuacja całkowicie różni się od dzisiejszej, gdy ktoś nie chce zrezygnować z grzechów albo popiera niebiblijne nauki. Tacy ludzie nie są słabi, lecz źli. Gdy jednak ktoś poważnie walczy ze swymi grzechami i w tej walce zdarza się upadek, wówczas konieczna jest cierpliwość. Nakazuje ją miłość do braci, niezależnie od Rz 14.

Zarówno związek z rozdziałem 15, jak i różne komentarze potwierdzają, że w Rz 14 chodzi o problem zachowywania przepisów prawa żydowskiego.

e) Łk 15,3-7 // Mt 18,12-14:

Podane przez G. Kluge znaczenie tego miejsca nie odpowiada interpretacji wspólnoty. Oczywiście nasuwa się tu pytanie, czy normalny pasterz z powodu jednej owcy pozostawia dziewięćdziesiąt dziewięć innych. Pisze o tym także Joachim Jeremiasz w Przypowieściach Jezusa: Wszyscy znawcy Palestyny jednomyślnie potwierdzają, że jest to wykluczone, aby pasterz po prostu pozostawił swoje stado łasce losu. Gdy zdarzy się, że musi szukać zagubionego zwierzęcia, przekazuje stado innym pasterzom (Łk 1,8; J 10,4n), bądź zapędza owce do jaskini.

(Joachim Jeremias, Die Gleichnisse Jesu, Kurzausgabe, 11. Auflage 1996, S. 90-91 – tłum. wł.)

Jezus chciał tutaj przedstawić wielką miłość, która przekracza miarę powszechną wśród ludzi i przyjmuje także tych, którzy przez innych są spisani na straty. Jednak, jeśli chodzi o przykład podany przez G. Kluge, pojawia się pytanie, czy ta przypowieść podaje właściwe rozwiązanie poruszonej kwestii.

Komentarzowi G. Kluge, że w grupie nie jest powszechne „staranie się o ludzi, którzy nie „połknęli haczyka” przy pierwszym kontakcie - ci stracili już swoją szansę”, przeciwstawić należy fakt, że są wśród nas bracia, którzy nie od razu „połknęli haczyk”. Nie pracujemy metodami psychologicznego nacisku, ale pozostawiamy ludziom, którzy mają (jeszcze) zbyt małe zainteresowanie, wolność do przemyślenia usłyszanych rzeczy. Nawrócenie człowieka nie jest dziełem ludzkiej psychologii, lecz działania Boga.

Co do Kanonu:

Uznajemy kanon starotestamentowy, który przyjmował też Jezus jako palestyński Żyd (tzn. odrzucamy apokryfy przyjęte przez katolików i prawosławnych, a nazwane przez nich łagodnie „księgami deuterokanonicznymi”) oraz powszechnie przyjęty od czasów Atanazego, chrześcijański kanon Nowego Testamentu”.

Rzeczą oczywistą jest, że nie wszystkie księgi mają tę samą ważność. Naturalnie Ewangelia Jana jest nieporównanie ważniejsza niż na przykład drzewa genealogiczne z 1. Księgi Kronik 1-8.

Najwyższą normą naszego Kanonu jest Jezus Chrystus. Dlatego nie jest możliwe, aby księgi, których Jezus nie znał jako Pismo Święte, lub je za takie nie uznawał, przyjąć jako Pismo Święte Starego Przymierza. W tym punkcie zarówno katolicy jak i prawosławni postawili się ponad Jezusem, określając pisma apokryficzne jako Stary Testament. W przypadku katolików chodzi konkretnie o Księgę Tobiasza, Judyty, 1. i 2. Machabejską, Mądrości Jezusa Syracha i Barucha, a dalej o dodatki do Księgi Estery i Daniela. Na skutek postanowień Soboru w Trydencie, księgi te zostały uznane w XVI wieku za kanoniczne, ponieważ katolicy uważali, że znajdą przez to „biblijne” uzasadnienie niektórych swoich nauk, odrzuconych przez protestantów (modlitwa za zmarłych - 2 Ks. Machabejska 12; kult aniołów – Ks. Tobiasza). Żadna z tych ksiąg nie jest uznawana za Pismo Święte przez jakiegokolwiek Żyda, nie wyłączając Jezusa. Pierwsza chrześcijańska lista, zawierająca kanon ST (Meliton z Sardes), także nie ujmuje tych ksiąg. Odrzucili je również Hieronim i Atanazy. Swą nauką „kościół” katolicki wyraził, że nie zważa nie tylko na Jezusa, ale i na ważną część swojej własnej tradycji.

Przyjmując Księgę Barucha „udało im się” nawet włączyć do ST dzieło, które powstało dopiero po roku 70, a zatem później niż wszystkie pisma NT, a ponadto zawiera antychrześcijańską polemikę (Ba 3,37-4,4 przeciwstawia Logosowi, który stał się ciałem, żydowskie prawo, nazwane mądrością, która ukazała się na ziemi i zaczęła przebywać wśród ludzi. To miejsce mówi również przeciwko misji wśród pogan: Nie dawaj chwały swojej obcemu ani innemu narodowi twych przywilejów).

Także Księga Tobiasza ze swoją propagandą pogańskich zwyczajów (przypis w niemieckiej Biblii Pattloch do Tb 6,7-9: kadzidło było wykorzystywane w religii asyryjsko-babilońskiej do obrony przed złymi demonami), nie znajduje w Biblii właściwego miejsca.

W przeciwieństwie do takich praktyk, my trzymamy się mocno starotestamentowego kanonu, tak jak go przejęli uczniowie od narodu izraelskiego i jakim znał go Jezus.

Dlatego Księga Koheleta (Eklezjastes) jednoznacznie stanowi część Starego Testamentu, chociaż stanowiła ona przedmiot dyskusji Żydów w Jamnie pod koniec I wieku i nie jest ona cytowana w NT. Rozumienie natchnienia tej księgi stwarza pewne trudności, ponieważ miejsca, takie jak te przytoczone poniżej, nie mogą być z pewnością zrozumiane jako bezpośrednie słowo Boże:

Powiedziałem sobie: Ze względu na synów ludzkich tak się dzieje. Bóg chce ich bowiem doświadczyć, żeby wiedzieli, że sami przez się są tylko zwierzętami. Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością. Wszystko idzie na jedno miejsce: powstało wszystko z prochu i wszystko do prochu znów wraca. Któż pozna, czy siła życiowa synów ludzkich idzie w górę, a siła życiowa zwierząt zstępuje w dół, do ziemi? (Koh 3,18-21)

Lepszy jest smutek niż śmiech, bo przy smutnym obliczu serce jest dobre. (Koh 7,3)

Nie bądź przesadnie sprawiedliwy i nie uważaj się za zbyt mądrego! Dlaczego miałbyś sobie sam zgotować zgubę? Nie bądź zły do przesady i nie bądź głupcem. Dlaczego miałbyś przed czasem swym umrzeć? (Koh 7,16-17)

I przekonałem się, że bardziej gorzką niż śmierć jest kobieta, bo ona jest siecią, serce jej sidłem, a ręce jej więzami. Kto Bogu jest miły, ten się od niej ustrzeże, lecz grzesznika ona usidli . (Koh 7,26)

Bo któż stanowi wyjątek? Wszyscy żyjący mogą jeszcze mieć nadzieję – bo lepszy jest żywy pies niż lew nieżywy - ponieważ żyjący wiedzą, że umrą, a zmarli niczego zgoła nie wiedzą, zapłaty też więcej już żadnej nie mają, bo pamięć o nich idzie w zapomnienie. Tak samo ich miłość, jak również ich nienawiść, jak też ich zazdrość - już dawno zanikły i już nigdy więcej udziału nie mają żadnego we wszystkim, cokolwiek się dzieje pod słońcem. (Koh 9,4-6)

Rozwiązanie znajduje się w interesującym literackim koncepcie. Autor (nieznany i prawdopodobnie z czasów po niewoli babilońskiej) przedstawia w ramach fikcji literackiej myśli Salomona, człowieka, który odszedł od Boga, aby pokazać granice ludzkiego myślenia człowieka pozbawionego relacji z Bogiem. Tak więc, chociaż znajdujemy w tej księdze głęboką ludzką mądrość, widzimy, że dla autora pozostaje tylko postawa rezygnacji: Wszystko marność (w Koh 1,2 i wielu innych wersetach).

Człowiek bez Boga nie może poznać głębi życia z Nim.

Koh 1,12-2,26 przedstawia życie Salomona nie wymieniając jego imienia. Fragment ten zawiera także wzmiankę o wielkim haremie, który to według 1 Krl 11,1-13 spowodował jego upadek (Koh 2,8). Salomon szukał radości, lecz jej nie znalazł. Bez Boga pozostała ona dla niego niedostępna. Dlatego ta księga stanowi interesującą formę ostrzeżenia przed odejściem od Boga.

Wersety końcowe (12,8-14), według opinii wielu teologów, są dopisane inną ręką. Próbują one w jakiś sposób zamknąć tę mądrość w prawowierne ramy. Jednak najbardziej sensownym wyjaśnieniem pozostaje to podane powyżej.

Dla komentatorów dawniejszych czasów było już jasne, że wiele rzeczy w Księdze Koheleta nie może pochodzić od Boga. Na przykład Grzegorz Wielki w Dialogach IV/4 podaje wyjaśnienie, iż „mówca” przytacza niektóre rzeczy „w rozumieniu cielesnej pokusy”.

Podsumowując krótko, stwierdzamy, że pytanie o dokładne rozumienie Koheleta nie jest dla nas pytaniem dogmatycznym. Z zasady nie oceniamy grup religijnych na podstawie ich rozumienia Księgi Koheleta. O ile ktoś nie twierdzi, że powyżej zacytowane bezbożne wypowiedzi są poleceniem Boga, albo nie wykorzystuje tej księgi, jak to robią Adwentyści i Świadkowie Jehowy dla uzasadnienia fałszywych nauk (zaprzeczając nieśmiertelności duszy), o tyle są do przyjęcia różne możliwości wyjaśnienia tej księgi.

Nie szukamy kanonu w kanonie. Ten termin pasuje raczej do Marcina Lutra, który, na podstawie swojej zawężonej nauki o usprawiedliwieniu, samowolnie odrzucił niektóre księgi.

O Liście do Hebrajczyków pisze w następujący sposób:

Ponadto list ten zawiera trudny do rozsupłania węzeł, gdyż w rozdziałach 6 i 10 wprost zaprzecza możliwości pokuty i odmawia jej grzesznikom po chrzcie..., co jest przeciwne wszystkim Ewangeliom i listom św. Pawła... Dlatego nie powinno nam przeszkadzać, jeżeli może przypadkiem wmieszane w to będzie drewno, słoma i siano, lecz powinniśmy taką wspaniałą naukę przyjąć z wszelką czcią. Nie można tylko uważać tego listu za równy pod każdym względem listom apostolskim. (Przedmowa do Listu do Hebrajczyków, 1522)

O liście Jakuba pisze:

... wbrew św. Pawłowi i całemu pozostałemu Pismu, nadaje wprost uczynkom moc usprawiedliwienia i mówi, że Abraham został usprawiedliwiony ze swoich uczynków,...

... To, co Chrystusa nie naucza, nie jest apostolskie; nawet gdyby nauczał tego św. Piotr albo św. Paweł. Natomiast to, co Chrystusa zwiastuje, jest apostolskie, nawet gdyby zwiastował to Judasz, Annasz, Piłat i Herod.

Lecz ten Jakub nic więcej nie robi, tylko popędza ku prawu i jego uczynkom i tak niedbale wrzuca jedno obok drugiego, że wydaje mi się, iż był to jakiś dobry i pobożny człowiek, który wziął kilka wypowiedzi uczniów apostołów i tak rzucił je na papier... Nazywa on prawo prawem wolności, chociaż św. Paweł nazywa je prawem niewoli, gniewu, śmierci i grzechu.

...Summa: chciał On odeprzeć tych; którzy zdali się na wiarę bez uczynku, a był w tej sprawie zbyt słaby pod względem umysłu, rozumienia i słów, toteż rozrywa Pismo i sprzeciwia się przez to Pawłowi i całemu Pismu. Chce osiągnąć przez głoszenie prawa to, co apostołowie osiągają przez pobudzanie do miłości. Dlatego nie chcę go mieć w swojej Biblii wśród właściwych głównych ksiąg, nie chcę jednak przez to nikomu bronić traktować go i cenić tak, jak ma ochotę,...

... jak ma więc tylko ten jeden, sam, mieć znaczenie wobec Pawła i całego pozostałego Pisma?

(Przedmowa do Listów św. Jakuba i św. Judy, 1522)

O Apokalipsie Jana pisze:

... Widzę w tej księdze niejeden brak, tak że nie uznaję jej ani za apostolską, ani za prorocką...

W Starym Testamencie, a cóż dopiero w Nowym, nie ma i również żadnego proroka, który by przez cały czas posługiwał się widzeniami i obrazami, tak że traktuję to prawie na równi z Czwartą Księgą Ezdrasza i nie mogą znaleźć niczego, co by wskazywało, że jest to ułożone przez Ducha Świętego...

... a wystarczającą przyczyną, aby nie cenić jej wysoko, jest dla mnie to, że Chrystus nie jest w niej ani nauczany, ani poznawany.

(Przedmowa do Objawienia św. Jana, 1522)

Powyższe cytaty zostały zaczerpnięte z pozycji: Marcin Luter, Przedmowy do ksiąg biblijnych, Warszawa 1992, (str. 96-102)

Każdemu przysługuje prawo ukształtowania sobie własnego poglądu o tym, kto mówi tutaj o kanonie w kanonie, kto przypisuje sobie prawo oceny „czego Jezus nauczał”, kto wynosi swój rozum (albo swą pychę) ponad Pismo.

Odnośnie pytania o własną literaturę: objawienie zostało zakończone. Dlatego Biblia pozostaje jedyną literaturą będącą dla nas autorytetem. Nie postawiliśmy sobie za cel produkowania własnej literatury. Pierwszeństwo ma aktywne, samodzielne zajmowanie się Biblią każdego z nas.

F. „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty Ojcze we mnie, a ja w Tobie” (J 17,21)
Odnośnie: „Stosunek do innych wspólnot chrześcijańskich”

Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich (Ef 4, 3- 6)

Istnieje tylko jedna wspólnota. Ciało Chrystusa nie jest rozdzielone (por. 1 Kor 1,13). Niebiblijne jest twierdzenie, że mogą istnieć chrześcijańskie wspólnoty posiadające różne nauki.

Stąd pytanie o stosunek do „innych chrześcijańskich wspólnot” samo w sobie jest zaprzeczeniem biblijnej nauki o jedności wspólnoty.

Kiedy w Nowym Testamencie znajdujemy słowo „wspólnota” w liczbie mnogiej, to mowa jest o jednej wspólnocie żyjącej w różnych miejscach. Jak to już na wstępie powiedzieliśmy, nigdy nie zamierzaliśmy zakładać własnej wspólnoty, ani też tego nie zrobiliśmy. Gdybyśmy znaleźli wspólnotę zasługującą na nazwanie jej „Bożą wspólnotą”, wówczas natychmiast byśmy się do niej przyłączyli. Gdybyśmy tego nie zrobili, to zaparlibyśmy się Boga.

Nie jest prawdą, że „odmawiamy miana chrześcijan (dokładniej musiałoby to brzmieć: bycia Kościołem) wszystkim kościołom i wspólnotom”. Możemy jedynie powiedzieć o znanych nam „kościołach”, że nie odpowiadają one pojęciu kościoła, jakie jest przedstawione w Nowym Testamencie.

Wiemy jednak, że także w tych „kościołach” są chrześcijanie, niejeden z naszych braci był chrześcijaninem w ramach organizacji, która przed Bogiem nie jest wspólnotą.

Fakt, że „kościoły” w wielu punktach odchodzą od nauki i praktyki pierwszej wspólnoty nie jest przemilczany nawet przez ich przedstawicieli. Dlaczego mielibyśmy wówczas nazywać je wspólnotą? To, co według Biblii nie jest kościołem, my także nie możemy takim nazywać.

W tym kontekście należy wspomnieć, że głoszone od czasu Orygenesa rozumienie przypowieści o chwaście na roli (Mt 13, 24- 30, 36- 42) prowadzi do wniosku, że kościoły same siebie uznają za „świat”. Przypowieść ta rozumiana jest tak, że w kościele należy tolerować grzeszników, że w kościele musi istnieć dobro i zło, że w końcu kościół jest zawsze wymieszaną społecznością (u Augustyna: corpus mixtum). Jezus natomiast powiedział: Rolą jest świat. (Mt 13, 38a)

W tej przypowieści nie chodziło Jezusowi o wspólnotę. Wypowiadał się on przeciwko żydowskiemu oczekiwaniu, że wraz z przyjściem Królestwa Bożego (często rozumianego politycznie) zło zostanie wykorzenione. W świecie rozdział nastąpi dopiero na końcu czasów. We wspólnocie natomiast już ma on miejsce. Kto odnosi tę przypowieść do wspólnoty, określa to, co dzisiaj zwie się „kościołem” i „wspólnotą,” światem i ma w tym rację.

G. Kluge, krytykując nasze określenie „kościoła”, mógłby pomyśleć jak jego własna organizacja, również dzisiaj, odmawia bycia kościołem w pełnym tego słowa znaczeniu, „kościołom” powstałym w czasie reformacji. W roku 2000 „Kongregacja do spraw Wiary” stwierdziła:

Natomiast Wspólnoty kościelne, które nie zachowały prawomocnego Episkopatu oraz właściwej i całkowitej rzeczywistości eucharystycznego misterium, nie są Kościołami w ścisłym sensie; (Deklaracja Dominus Iesus, 17)

Nadto ten oto „katolicki kościół” przez całe stulecia nazywał tych, z którymi teraz ściśle współpracuje w ekumenicznej wspólnocie, heretykami i fałszywymi nauczycielami, a gdy miał ku temu sposobność, prześladował ich, używając przemocy. Na tej podstawie porównanie z nacjonalizmem, z uwagi na ekstremalną ludzką złość, jest jak najbardziej na miejscu. Podczas gdy niecny proceder nazistów po kilku latach został zatrzymany, „kościół” katolicki przez wieki mordował w imię Jezusa niewinnych ludzi. Katolicki terror nie był tak intensywny jak nacjonalistyczny, trwał jednak o wiele dłużej.

W tym kontekście warto wspomnieć, że przynajmniej w Niemczech i w Austrii organizacja katolicka często zabiegała o względy nacjonalistycznego rządu. WSZYSCY austriaccy biskupi zaaprobowali przyłączenie Austrii do Państwa Niemieckiego, a jego przywódcę powitali zawołaniem „Heil Hitler” (niech żyje Hitler). Pojedynczy ludzie o krytycznym duchu, jak na przykład Franz Jeagersteatter, który nie chciał ciągnąć na wojnę z oddziałami hitlerowskich morderców, nie zostali wsparci w ich bogobojnym odrzuceniu niesprawiedliwej wojny, lecz wręcz przeciwnie: biskup starał się go namówić do dopasowania się do nieprzyjaciół Boga. Dzisiaj natomiast uważany jest on za męczennika (ponieważ nie był posłuszny ustanowionemu, rzekomo przez Boga, pasterzowi).

Wobec Mt 7,1 zajęliśmy już stanowisko.

IV. „Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam” (J 20,21)
Odnośnie: „Jak grupa werbuje nowych członków?”

Na wstępie stanowczo oznajmiamy, że nie chodzi nam o werbowanie członków do jakiejś grupy. Nie posiadamy żadnego rejestru ochrzczonych, ani ewidencji członków, na podstawie której zarządzalibyśmy anonimowymi „owieczkami.” Nie mamy żadnej składki członkowskiej, deklaracji przynależności, lub czegokolwiek w tym rodzaju.

Wzywamy ludzi do naśladowania Jezusa, nie do przynależności do grupy. Bez właściwego duchowego podłoża nie może istnieć chrześcijańska wspólnota. Ten, kto idzie za Jezusem, kocha swoich braci bez podpisywania jakiegokolwiek dokumentu.

A. „Oni zaś poszli i głosili ewangelię wszędzie” (Mk 16,20)
Odnośnie: „Gdzie się werbuje?”

Każdy chrześcijanin jest w każdym miejscu i w każdym momencie misjonarzem. Głoszenia ewangelii nie można ograniczyć do pewnych osób, określonego czasu i miejsca. Największy skarb, który Bóg nam podarował, przynagla nas do dzielenia się nim z tymi, którzy go dotychczas nie poznali. Świadectwo dla Chrystusa, dla nadziei, która wypełnia i przenika całe nasze życie. Dlatego w każdej sytuacji chcemy być otwarci na rozmowy o wierze.

Właśnie w misji doświadczamy głębokiej zależności od Boga, który zna serca ludzi oraz stawia nam na drodze osoby otwarte na Jego słowo niezależnie czy ma to miejsce w sytuacji codziennej, w szkole, w pracy, w drodze, czy na różnych spotkaniach, poruszających temat wiary.

Krytyka G. Kluge dotyczy tylko części naszej misyjnej działalności. Wielu braci poznaliśmy nie w czasie spotkań religijnych, lecz w innych sytuacjach. Już wiele lat wcześniej zanim G. Kluge stwierdził o nas, że „nie wiadomo nic o misjach wśród ateistów”, rozmawialiśmy także z ateistami. Niektórzy z naszych braci przed nawróceniem byli ludźmi niewierzącymi.

Nigdy nie mieliśmy i nadal nie mamy zamiaru odciągać kogokolwiek od chrześcijańskiej wspólnoty. Oznaczałoby to niszczenie ciała Chrystusowego i ściąganie na siebie potępienia:

1 Kor 3,17: Jeśli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście.

Jednak, jak to zostało powyżej opisane (III.F), istniejące organizacje nie są kościołem, lecz „światem” (także według ich własnego rozumienia, ponieważ całkiem otwarcie akceptują w swoich szeregach niewierzących). Również świat religijny jest „światem”, w którym znajduje się niezmierzona liczba niewierzących. Konsekwencją naszego posłannictwa jest więc to, że nie wyłączamy ludzi, należących do tego religijnego świata, z naszej misyjnej działalności.

Kiedy Paweł w jakimś mieście udawał się najpierw do synagogi, aby mówić do synów Izraela, to czynił to także dlatego, że oczekiwał tam większej liczby otwartych ludzi. My także mamy nadzieję, że w różnych religijnych grupach, możemy spotkać ludzi, którzy może są już chrześcijanami lub przynajmniej poczynili pewne kroki we właściwym kierunku.

B. „O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody” (Iz 55,1)
Odnośnie: „Kogo się werbuje?”

Bardzo cieszymy się, gdy spotykamy takich ludzi, którzy, już zanim nas poznali, byli zaangażowani, którzy nie chcieli być po prostu biernymi członkami, lecz są przywykli do sprawdzania i konsekwentnego podążania za tym, co rozpoznają jako prawdziwe. Decyzja naśladowania Jezusa nie powinna zapadać na bazie emocjonalnego poruszenia, lecz na podstawie racjonalnej decyzji, opartej na argumentach.

Często ze smutkiem musieliśmy doświadczyć, że ktoś na początku był pełen zapału, lecz jego uczuciowe uniesienie nie było wystarczającą podstawą, by stał się chrześcijaninem i w końcu nie czynił tego kroku, by pójść za Jezusem. To samo mówił Jezus w Mt 13,20n:

Posiane na miejsca skaliste, oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast, z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje.

Fascynacja od pierwszego spojrzenia nie jest właściwą podstawą do podejmowania decyzji. Kto nie szuka prawdy, ten nie znajdzie we wspólnocie niczego, co mogłoby go na stałe zatrzymać. Nie możemy dać komuś trwałej podstawy, jeśli nie chce on pić ze źródła wiecznego życia, które mamy w Jezusie.

G. Kluge wie, że większość członków mówi o sobie, że w czasie przed pierwszym kontaktem byli na etapie intensywnego poszukiwania sensu życia. Ponieważ G. Kluge z większością z nich nie zamienił nigdy ani słowa, zadziwiające jest, skąd ma on takie informacje. Słuszny jest zresztą fakt, że aby znaleźć, trzeba szukać. Większość osób należących do narodowych kościołów jest ich członkami od kołyski aż po grób, mimo że nigdy rzeczywiście nie próbowali szukać. Takie rozumienie wspólnoty jest nam z całą pewnością obce.

Potrzeba duchowości”, którą zauważa G. Kluge wśród naszych zainteresowanych rozmówców i młodych braci, na pewno nie jest żadnym błędem. Zawsze dobrą rzeczą jest, gdy człowiek koncentruje się na tym co istotne, gdy się nad wszystkim zastanawia i gdy pozwala Bogu, by stał w centrum jego życia. Może wtedy zaistnieć niebezpieczeństwo introwertywności, które jednak zostaje zrównoważone przez wymagania wspólnotowego życia. Prezentacja Kluge jest bardzo jednostronna. Nie zna on nas, ale chce określić, jakim typem ludzi jesteśmy. A przecież nie ma typowej struktury osobowości chrześcijanina. Jesteśmy różnymi ludźmi, introwertykami, ekstrawertykami, samotnikami, ludźmi towarzyskimi. Bóg trzyma nas razem i kształtuje nas na swój obraz, nie tak, abyśmy stracili naszą osobowość, lecz byśmy ją pogłębili.

To, na ile „radykalna” jest przemiana człowieka następująca na skutek poznania wspólnoty, w dużym stopniu zależy od wcześniejszego życia danej osoby. Dla niektórych życie we wspólnocie stanowi kontynuację już wcześniej rozpoczętego chrześcijańskiego życia. Dla innych spotkanie braci było pierwszą konfrontacją z chrześcijaństwem, które też doprowadziło ich do wiary.

Odnośnie stwierdzenia, że „agitacja dosięga prawie wyłącznie ludzi młodych”:

Nie jest rzeczą dziwną, że ludzie w wieku, w którym zazwyczaj wyznaczają sobie cel życia, decydują się na naśladowanie Jezusa. W młodości człowiek jest po prostu jeszcze elastyczny. Niekiedy ma miejsce „cud”, gdy ku Bogu zwracają się także starsi ludzie. Z naszej strony staramy się o każdego człowieka, niezależnie od jego wieku, ponieważ Bóg powołuje każdego.

C. „Nie jesteśmy bowiem jak wielu, którzy kupczą słowem Bożym, lecz ze szczerości, jak od Boga mówimy w Chrystusie przed Bogiem” (2 Kor 2,17)
Odnośnie: „Jak się werbuje?”

G. Kluge opisuje kilka subiektywnych doświadczeń, które napiętnowane są jego negatywnymi założeniami. Prowadzenie danej rozmowy o Bogu zależy od konkretnego człowieka. Celem każdej rozmowy misyjnej może być jedynie zaoferowanie człowiekowi jak najlepszej pomocy, by poszedł za Jezusem. Ponieważ nie istnieje żaden człowiek według „schematu F”, nie ma też rozmów misyjnych według „schematu F”.

Jeżeli chodzi o prowadzenie do wspólnoty, zgodnej z Bożą miarą, to nie można tu zapomnieć o istnieniu zła i pseudowspólnot. Dlatego byłoby to przeciwko miłości, gdybyśmy nie ostrzegali przed zwodzicielami głoszącymi wypaczone chrześcijaństwo.

Nie jest jednak dla nas żadną „przyjemnością”, jak uważa G. Kluge, rozwodzenie się nad ciemnymi stronami historii chrześcijaństwa. Wręcz przeciwnie, jest to bardzo smutne, że tak wiele przestępstw było i jest popełnianych w imię Jezusa.

W przeciwieństwie do opinii pana Kluge, w rozmowie kładziemy nacisk na poznanie prawdy objawionej przez Boga. Prawdy, którą każdy może znaleźć w Biblii.

Co się tyczy Lutra, nie uważamy za potrzebne zajmowanie się nim na takim poziomie, na jakim on traktował swoich przeciwników i jaki reprezentowało wtedy wielu jego katolickich przeciwników. Zapoznanie się z nauką Lutra w wystarczającym stopniu pokazuje jego bezbożność. Gdy G. Kluge nam zarzuca, że ze szczególnym upodobaniem krytykujemy stosunek Lutra wobec ciała, to przyznajemy, że niewiele nam na ten temat wiadomo. Jeżeli Luter faktycznie „umarł gruby” (dotychczas nie jest znany autor tej tezy), to wskazuje to na jego brak samodyscypliny, co na pewno nie przystoi człowiekowi Bożemu, my jednak staramy się opierać ocenę danej osoby na nauce, którą głosiła.

Poza tym widzimy różnicę między Lutrem a „kościołem” nazwanym jego imieniem, który przynajmniej nie przejął jego błędnej nauki zaprzeczającej istnieniu wolnej woli oraz wiary w przeznaczenie człowieka do nieba lub piekła.

Kiedy spotykamy chrześcijan, cieszymy się z nowo poznanych braci i nie poddajemy w wątpliwość ich chrześcijaństwa, nawet jeśli nie było ono doskonałe. Zasadniczo chrzcimy tylko te osoby, które stały się chrześcijanami przez spotkanie z nami.

Grzech” i „wolność” to na pewno dwa ważne tematy poruszane w rozmowach z niewierzącymi. Istotą zbawienia w Jezusie jest wszak wolność od grzechu.

Każdy kto popełnia grzech jest niewolnikiem grzechu – Jeżeli więc syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni (J 8,34.36)

Ponieważ w naszym życiu doświadczyliśmy tej wolności, chcemy, aby i inni mogli jej doświadczyć.

W chrześcijańskich pismach z I wieku (Didache i List Barnaby) znajdujemy rozbudowaną naukę na temat dwóch dróg, którą to głosił już Jezus w „Kazaniu na górze” (Mt 7,13-14). Droga życia i droga śmierci stoi przed każdym człowiekiem, którego Bóg wzywa do podjęcia decyzji. Te wczesnochrześcijańskie pisma nie wskazują na jakieś abstrakcyjne drogi, ale na konkretne czyny, pokazujące, po której drodze człowiek idzie. Gdy mówimy o wolności, której doświadczamy w Jezusie, to jest to droga nazwana we wczesnochrześcijańskiej tradycji drogą życia.

Nie proponujemy ludziom powszechnej, konsumenckiej postawy jako wolności, jak czyni to G. Kluge nazywając „wyzwoleniem” odwiedzanie kawiarni. Nie chcemy należeć do tych, o których Piotr pisze:

Wolność im głoszą, a sami są niewolnikami zepsucia. Komu bowiem kto uległ, temu też służy jako niewolnik. (2 P 2,19)

To, co w świecie, napiętnowanym przez konsumpcyjną postawę, doświadczamy jako wolność, G. Kluge ocenia jako ograniczenie. Zapewne jest to kwestia podejścia. Każdy narkoman widzi na początku odebranie mu dostępu do narkotyków jako ograniczenie. Prawdziwe kajdany leżą jednak w narkotykach. Dla człowieka zniewolonego grzechami, wolność chrześcijańska jest ograniczeniem, ponieważ widzi on tylko to, z czego powinien zrezygnować, a nie to, co może zyskać.

Godnym uwagi jest zarzut, że przystępujemy do rozmowy z jasno określoną koncepcją. Każda rzeczowa rozmowa zakłada, że obaj partnerzy mają wyobrażenie celu. Nie mamy scenariusza rozmowy misyjnej, ale mamy jasne wyobrażenie jej celu. Nie chodzi nam o błahą pogawędkę, ale o poznanie Boga i Jego drogi zbawienia.

Zdanie: „Są oni wciąż nauczeni nie słuchać argumentów drugiej osoby..” jest pomówieniem. Jeżeli ktoś z nas rzeczywiście powiedział: „To co mówią inni, to bzdura, po prostu nie myśl o tym!”, to stoi to w sprzeczności z zasadami naszej wspólnoty. Nie boimy się żadnych argumentów. W otwartej argumentacji możemy tylko zyskać. Na pewno trzeba rozróżniać między poszczególnymi argumentami, a zasadniczą linią. Jeśli np. katolicy mówią, że Apostoł Piotr był w Rzymie i poniósł tam śmierć męczeńską, to całkowicie się z tym zgadzamy. Pomimo to, nie stanowi to nawet najmniejszego argumentu na istnienie papiestwa, ponieważ nie można go udowodnić ani na podstawie Biblii, ani z historii kościoła pierwszych wieków.

Prawda jest zbyt kosztowna, aby traktować „szukanie argumentów jako rodzaj sportu”. Wspólne zastanawianie się nad argumentami nie jest dla nas sportem, ale obowiązkiem spoczywającym na ludziach kochających prawdę, którzy nie chcą ignorować myśli ludzi mających inne zdanie.

G. Kluge z jednej strony krytykuje u nas „indoktrynację”, z drugiej „odpowiadanie milczeniem”. Co mamy zrobić, aby go zadowolić? Jakże straszne muszą być warunki we wszystkich szkołach, w których nauczyciele z jednej strony „indoktrynują” (wykładając materiał) uczniów, z drugiej pozwalają im dojść do „już przygotowanego rozwiązania”! G. Kluge wszelkimi sposobami próbuje z pojedynczych obserwacji zbudować system, który z jednej strony nie istnieje, z drugiej zaś sam w sobie nie jest spójny, aby tylko wszelkimi sposobami osiągnąć swój cel - oszkalować nas jako „psychosektę”.

Dlatego używa on terminu wykorzystywanego w odniesieniu do „psychosekt”, mianowicie „love bombing”, który to sam w sobie jest sprzecznością. Miłość nie jest bronią, którą można innych zniszczyć. Nasza miłość nie jest krótkotrwałą, emocjonalną „opieką”, ale trwałym zobowiązaniem.

Wzmiankowane przez G. Kluge „relacje z Polski”, według których „niepełnoletnie osoby zostały wbrew woli rodziców zabrane do grupy” należy uzupełnić, a właściwie skorygować w następujący sposób: Nie zdarzyło się jeszcze, by ktoś został zabrany do grupy. Niepełnoletnie siostry przebywały we wspólnocie wbrew woli rodziców, bo taka była ich decyzja. Przez nikogo nie były do tego zmuszone. Był to wyraz ich wolnej woli. „Przestępstwo” siostry, która została skazana na rok więzienia w zawieszeniu, polegało na tym, że nie odesłała ona do rodziców, przebywających z nami z własnej woli niepełnoletnich. Inny sąd, w podobnym przypadku, odrzucił takie samo oskarżenie.

Niepełnoletnie były zawsze po spotkaniu odwożone do domu, chociaż musiały tam znosić nieludzkie traktowanie. Często były bite przez rodziców. Rodzice darli albo palili na ich oczach Biblie, zmuszali je do udziału w świętowaniu pierwszej komunii. Siostry musiały wytrzymać długie uwięzienie w domu; przez trzy miesiące nie mogły chodzić do szkoły. Przez pewien czas miały nogi skute łańcuchami, grożono im nawet bronią.

Późniejszy pozew dręczonych sióstr przeciwko rodzicom został oddalony z uzasadnieniem, że rodzice podjęli tylko pewne środki, aby chronić dzieci. Fałszywe zeznania świadków uratowały rodziców przed karą.

Rodzice zobaczyli, że przez surowe restrykcje nie mogą odwieźć nieletnich córek od ich przekonań. Ponieważ znali adres „oskarżonej” siostry, pociągnęli ją do odpowiedzialności sądowej w nadziei, że wspólnota zabroni nieletnim dalszych spotkań, ponieważ jest to „karalne”. Siostry pozostały wierne swej drodze, pomimo oddzielenia ich przemocą od wspólnoty.

Pragnienie spędzania ze sobą tak dużo czasu, jak to możliwe, dotyczy nie tylko „nowicjuszy”. Staramy się tak zaplanować warunki naszego życia, aby codzienna wspólnota była możliwa dla wszystkich (starszych czy młodszych), nie dlatego, aby się „nawzajem upewniać”, lecz ze względu na wspólnotę, której doświadczenie jest ważne dla nas wszystkich. Dla ludzi, którzy nie mają takiego pragnienia, wydaje się to podejrzane.

Łatwo jest rzucać negatywne slogany w rodzaju „kontrola środowiska”, „kontrola informacji”, „kontrola myślenia”, czy „kontrola świadomości” tym bardziej, że negatywne oczekiwania łatwo zmieniają pozytywne znaczenie słów.

Kiedy mąż pyta żonę co robiła w ciągu dnia, to może to wyrażać zainteresowanie płynące

z miłości do partnera, albo też być wyrazem „kontroli środowiska czy informacji”.

Tajemnica korespondencji jest wśród nas szanowana, nie ma też jakichkolwiek zakazów spotykania się z kimś, jak to było (i jest?) powszechne w różnych katolickich „zakonach”.

Czy mnich może otrzymywać listy lub cokolwiek innego? - W żadnych okolicznościach bez pozwolenia opata nie wolno mnichowi ani od rodziców, ani od żadnego innego człowieka, ani od innego mnicha otrzymywać listów, poświęconych pamiątek lub choćby najmniejszych podarków. Nie wolno też ich dawać. (Reguła św. Benedykta, rozdz. 54; www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/regula_osb_01.html; 2005)

O braciach, którzy udają się w drogę - Niech nikt nie waży się opowiadać drugiemu, co widział lub słyszał poza klasztorem, ponieważ jest to bardzo szkodliwe. Jeśli ktoś ośmieli się to zrobić, poniesie przewidzianą w Regule karę, podobnie jak i ten, kto by się odważył wyjść poza obręb klasztoru lub pójść dokądkolwiek lub zrobić cokolwiek, choćby całkiem drobnego, bez pozwolenia opata. (Reguła św. Benedykta, rozdz.67; tamże)

Zimny dreszcz przebiega po plecach, gdy czyta się opis (autorstwa G. Kluge) psychicznego stanu nowicjusza (wątpliwości, niepewność, myśli samobójcze, oziębłość, zaniedbanie obowiązków szkolnych i zawodowych, chudnięcie, niespokojne spojrzenie...). Wyobraźnia bez granic. Rzeczą naturalną jest, że każda poważna decyzja prowadzi człowieka do większej powagi. To, że nie śmiejemy się ze złych żartów i powierzchownej gadaniny można również interpretować jako „utratę poczucia humoru”, „strapienie” czy „oziębłość”.

Osoby o niestałej psychice odbierają głębokie decyzje jako obciążenie, natomiast osoby psychicznie stabilne nie odczuwają tego w ten sposób. Tak jest wszędzie i nie ma to nic wspólnego z naszą formą wspólnoty. Można by poczytać żywoty różnych świętych, aby zobaczyć jakie „symptomy” pojawiły się w życiu katolickich „świętych” w fazie podejmowania decyzji.

Zarówno osoby o stabilnej, jak i o niestałej osobowości, stają się chrześcijanami, oczywiście nie bez wewnętrznego wysiłku. Każde uogólnienie jest nieuczciwe i napiętnowane pojawiającymi się co chwilę uprzedzeniami pana Kluge.

G. Kluge zarzuca nam manipulację psychiczną za pomocą „sprytnego wyboru fragmentów z Biblii”. Oczywiście zastanawiamy się jakie fragmenty w konkretnej sytuacji są pomocne. Nie chcemy tracić czasu na pogawędki. Ponieważ jednak wolność każdego człowieka jest dla nas ważną sprawą, możemy wskazywać tylko na to, co rozpoznaliśmy z Pisma Świętego odnośnie konkretnej sytuacji. Decyzję o życiu z Bogiem każdy musi podjąć samodzielnie.

Jesteśmy zresztą przyzwyczajeni, by nie widzieć danej sprawy tylko w jednym aspekcie, lecz staramy się rozważyć różne wypowiedzi Pisma Świętego i inne argumenty, które zdają się przeczyć naszemu zdaniu. Zarzut G. Kluge zakłada, ze świadomie przemilczamy niektóre wypowiedzi Pisma Świętego. To jednak zupełnie zaprzecza naszej postawie do Biblii. Nie chcemy z niej „wyczytywać” naszego przeświadczenia, lecz w trakcie rzeczowej dyskusji rozpoznać objawioną w Piśmie wolę Bożą. Niestety niewiele osób podejmuje wysiłek prowadzenia z nami takiej dyskusji.

Także udział we wspólnocie dóbr, który, jak G. Kluge mówi, „nie jest wymagany”, jest jednak dla niego jedynie skutkiem „socjalnego nacisku grupowego”. Jest to dla pana Kluge po prostu nie do pojęcia, że coś pośród nas może być wynikiem miłości. Ponieważ przyznaje, że u nas „nie ma nastawienia na zdobywanie pieniędzy dla prowadzącego i wynikającego z tego wykorzystywania członków” nasuwa się więc wyjaśnienie, że nasze dzielenie się wypływa z miłości. Ale przecież nie może istnieć coś, co nie ma prawa istnieć!

Jeśli w katolickich zakonach (tak jak jest to widoczne z wyżej podanych przykładów) wspólnota dóbr funkcjonuje tylko na skutek przymusu, to w takim razie jej istnienie po prostu z miłości, i to poza łonem „jedynozbawczego” rzymskiego kościoła, już z samej definicji nie jest możliwe. Pomimo wszystko, jednak funkcjonuje i wypływa z miłości, niezależnie od motywów, które inni nam przypisują.

Co do „krytyki z zewnątrz, która działa na Grupę raczej jako czynnik spajający”: z pewnością odrzucenie ze strony otoczenia uświadamia nam jeszcze bardziej, jak wielkim darem jest każdy brat, z którym można wszystko dzielić. Jednak w żadnym przypadku nie jest ono potwierdzeniem naszej słuszności. Świadkowie Jehowy są również traktowani w społeczeństwie pogardliwie, co absolutnie nie jest dowodem na prawdziwość ich nauki.

Pan Kluge nie może się uskarżać na to, że podajemy się za kogoś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy. Ponieważ nie jesteśmy i nie chcemy być kimś innym niż chrześcijanami, nie możemy się podawać za kogoś innego.

Nie jesteśmy żadnymi „prawdziwymi chrześcijanami” albo „nowymi chrześcijanami”, ponieważ wśród chrześcijan nie ma różnych klas. Naszym znakiem rozpoznawczym jest miłość i jedność.

Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. (J 13,35)

...aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. (J 17,21)

Ekskurs: Moon is not the Son!
Parę uwag do książki Stevena Hassana
Psychomanipulacja w sektach (Łódź 1997)

Ponieważ G. Kluge powołuje się w swoim artykule na książkę S. Hassana, wydaje się stosowne dodanie paru uwag odnośnie tej pozycji, a szczególnie problemu „kontroli świadomości”.

Autor owej książki sam był członkiem „Kościoła Zjednoczenia” znanego ogólnie jako „Sekta Moona”. Po latach opuścił ją, by odtąd ostrzegać przed tą i jej podobnymi sektami, co zdaje się zapewniać mu całkiem przyzwoite utrzymanie (jak sam podaje na stronie 250, opłaty za terapię w ośrodku sięgają nawet kilku tysięcy dolarów).

S. Hassan wywodzi się z tradycji żydowskiej, nie wiadomo nic o jego nawróceniu się na chrześcijaństwo. Zajmuje się on jedynie stroną psychologiczną problemu sekt. Sprawy doktrynalne traktuje jako nieistotne. To podejście jest z pewnością problematyczne, gdyż właśnie nauka jest istotnym punktem pozwalającym ocenić, na ile dana grupa stoi na gruncie Nowego Testamentu.

Pochwały godne jest duże staranie autora, by zapewnić człowiekowi wolność od jakiegokolwiek rodzaju manipulacji. Z tym możemy jedynie się zgodzić. Odrzucamy każdą formę psychologicznej manipulacji, czy to hipnozę, czy to dynamikę grupową. Psychologiczne chwyty pomagają być może związać kogoś z sektą. Boża wspólnota nie może się ostać na bazie psychologii.

Jednak nie podzielamy poglądów na naturę człowieka wyznawanych przez S. Hassana, według których człowiek jest praktycznie bezbronny wobec manipulacji zwodzicieli. Wierzymy, iż Bóg stwarzając człowieka wyposażył go tak, by nie wpadł bezradnie w macki zwodzicieli.

Jezus mówi: Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu (J 18,37b)

Dlatego ten, kto kocha prawdę, nie potrzebuje obawiać się zwodzicieli, obojętnie jakiego rodzaju, tak długo, jak długo sam szuka prawdy.

Także i my mieliśmy między innymi kontakt z „Kościołem Zjednoczenia”. W otwartej rozmowie z nami chodziło wyłącznie o kwestie nauki. Ostatecznie nie byli oni w stanie przeciwstawić nic jasnej biblijnej argumentacji. Nie wypróbowywali na nas szczególnych trików psychologicznych. Zapewne widzieli, że te nie wywierają wpływu na ludzi, którym chodzi o prawdę.

Być może książka S. Hassana jest bardzo pouczająca w kwestii metod „Kościoła Zjednoczenia”. Pan Kluge jednak, nie bardzo, jak się zdaje, znając się na rzeczy, posługuje się tą książką w ocenie wspólnoty chrześcijańskiej, pomawiając nas oszczerczo o używanie opisanych w niej metod. Jednak już z jego własnego artykułu wynika, że co najmniej w najważniejszych punktach porównanie z uczniami Moona jest zupełnie nieudane.

S. Hassan pisze: Członkowie sekt wierzą niezachwianie, że cel uświęca środki, toteż są przekonani, że stoją ponad prawem. Dopóki nie mają najmniejszych wątpliwości co do tego, iż działają w imię „prawdy” i „sprawiedliwości”, nie zastanawiają się nad tym, że realizują cele, jakie stawia przed sobą sekta. Posługują się na co dzień kłamstwem, kradzieżą, oszustwem i łamią podstawowe normy etyczne, stosując niektóre techniki kontroli umysłu. Naruszają podstawowe swobody obywatelskie tych wszystkich, których rekrutują, czyniąc łatwowiernych ludzi niewolnikami. (str. 64)

Tym podobne praktyki są nam znane tylko z postępowania naszych przeciwników z wielkich kościołów. Dla kogoś, kto chociażby wyszedł z propozycją takich praktyk, nie ma miejsca we wspólnocie.

Zasada „cel uświęca środki” jest całkowicie sprzeczna z Biblią:

I czyż to znaczy, iż mamy czynić zło, aby stąd wynikło dobro? - jak nas niektórzy oczerniają i jak nam zarzucają, że tak mówimy. Takich czeka sprawiedliwa kara. (Rz 3,8)

Co się tyczy kłamstwa, pan Kluge przyznaje nam jednak rację:

Mimo tych antagonizmów nie należy oczekiwać, że zostanie się przez nich bezpośrednio oszukanym. Prawdopodobnie członek sekty wolałby nie udzielić żadnej odpowiedzi, niż uratować się z opresji przy pomocy kłamstwa.

Z Dz 5,1-11 możemy widzieć jak Bóg ocenia kłamstwo.

Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje. (Ap 22,15)

W przeciwieństwie do wielkich „kościołów”, dla kłamcy nie ma miejsca we wspólnocie Bożej.

Pan Kluge przyznaje też, że brak u nas innych „znaków rozpoznawczych sekty”, jak na przykład:

  • centralne znaczenie przywódcy,

  • nakierowanie w pierwszym rzędzie na pozyskanie pieniędzy dla lidera i wynikające z tego wykorzystywanie członków,

  • światowe (także ekonomiczne) imperium z podziemnymi i maskującymi je organizacjami,

Już przy swej powierzchownej znajomości naszej wspólnoty powinien on wiedzieć, że także poniższa opinia S. Hassana do nas nie pasuje.

O ile mi wiadomo, nie ma wśród członków ludzi upośledzonych, bowiem opieka nad nimi wymaga sporego nakładu sił i środków. (str. 82)

Proponujemy miłość Boga każdemu, kogo spotykamy, dlatego są wśród nas też bracia z różnymi upośledzeniami fizycznymi. Jesteśmy wdzięczni za nich i za ich cenny wkład w budowanie wspólnoty. My idziemy za Jezusem, a nie naśladujemy wspólnoty z Qumran5, do której nie przyjmowano niewidomych i okulałych.

Jeszcze parę myśli do wyróżnionych przez Hassana czterech komponentów kontroli świadomości:

a) Kontrola zachowań

Kontrola zachowań oznacza poddanie całej sfery życia codziennego jednostki określonym regułom. Dotyczy to zarówno jej otoczenia – tego, gdzie mieszka, jak się ubiera, ilości snu i sposobu odżywiania – jak i wykonywanych obowiązków, obrzędów, w których uczestniczy, i wszelkich podejmowanych działań.

Potrzeba kontrolowania zachowań jest powodem, dla którego w większości sekt narzuca się członkom sztywny plan zajęć.

...Obowiązany jest zdawać sprawę z tego, jak spędza każdą godzinę dnia.

...Rządy w sektach sprawowane są zazwyczaj autorytarnie. Polecenia przywódcy docierają za pośrednictwem jego zastępców do osób stojących niżej w hierarchii, które z kolei przekazuje je swoim podwładnym. (str. 95-96)

Jak najbardziej zdecydowanie odrzucamy jakiekolwiek przepisy odnośnie ubioru i jedzenia, a także sen jest podporządkowany indywidualnym potrzebom. Rytuały są całkiem obce naszemu charakterowi. Nie istnieje u nas hierarchia, i dlatego nie ma też u nas „łańcucha wydawania rozkazów”.

Jednak wiele z rzeczy opisanych powyżej przez S. Hassana można odnaleźć w regułach katolickich wspólnot zakonnych. Wykazanie tego w szczególe wykracza jednak poza ramy tego opracowania.

b) Kontrola myśli

...kontrola myśli – obejmuje przede wszystkim intensywną indoktrynację, w wyniku której doktryna sekty zajmuje miejsce własnego systemu przekonań jej członków, posługiwanie się nowomową oraz stosowanie technik ‘wyciszania myśli’ i ‘koncentracji’ umysłu. By okazać się wartościowym członkiem grupy, trzeba nauczyć się manipulować własnymi procesami myślowymi.

...Grupa i jej przywódca są ucieleśnieniem dobra. Świat zewnętrzny jest ucieleśnieniem zła...

...Zjawiskiem typowym dla destrukcyjnych sekt jest posługiwanie się własnym ‘obciążonym językiem’, pełnym specyficznych słów i wyrażeń....

...Najbardziej rozpowszechnioną i chyba najskuteczniejszą metodą sprawowania kontroli nad procesami myślowymi członków sekty jest ‘praktykowanie niemyślenia’...

...Poszczególne grupy posługują się różnymi technikami wyciszania myśli: koncentracją na modlitwie, powtarzaniem mantr, medytacją, ‘mówieniem językami’, śpiewami lub nuceniem (str. 96-98).

To prawda, że przyswajamy sobie naukę Biblii poprzez osobiste jej czytanie, jak i wspólne rozmowy o niej. Zapewne jest to wspólne przekonanie wszystkich wspólnot przyjmujących miano chrześcijańskich, że czytanie Biblii może mieć jedynie dobroczynny wpływ na człowieka.

Ale to właśnie za pomocą rozumu chcemy zgłębiać Biblię, nie po to zaś, by „wyłączyć” rozum. Nie chodzi tu o ślepe przeżuwanie jakichś formuł, ale o przemyślenie, które prowadzi do działania w pełnej i świadomej odpowiedzialności.

Prawdą jest także fakt, iż język biblijny odzwierciedla się w naszej mowie. Ale nie jest naszym zamiarem stworzenie jakiegoś własnego języka.

Ucieleśnienie dobra widzimy tylko i jedynie w Bogu i Jego Synu Jezusie Chrystusie. Jako zbawieni grzesznicy chcemy się coraz bardziej zbliżać do Jego doskonałości, świadomi, że tu na ziemi nigdy nie osiągniemy jej w pełni.

Nasza modlitwa nie jest techniką zatrzymania myśli, tylko osobistą rozmową z Bogiem. Jesteśmy przeciwni jakiejkolwiek formie zrytualizowanej modlitwy. Mówienie językami było darem Bożym dla pierwszego pokolenia chrześcijan. W grupach, które je obecnie praktykują, jest ono najczęściej ucieczką w uczucia.

Co dziwne, pan Kluge zarzuca nam w dalszej części dokładne przeciwieństwo ucieczki w uczucia, to znaczy ucieczkę w racjonalność. Racjonalność i blokowanie myśli pasują do siebie tylko w irracjonalnej strukturze pojęć.

Pozorną racjonalność można rozpoznać po tym, że wielokrotnie prowadzi się słuchaczy po tej samej wąskiej ścieżce myśli ku z góry upatrzonym wnioskom w celu wpojenia im pożądanych myśli w formie sprawiającej wrażenie logicznej. Tego typu techniki spotykamy u Świadków Jehowy, czy też w kazaniach katolickich, ale nie w chrześcijaństwie.

W jaki sposób zwalcza pan Kluge w swej własnej organizacji rytuał blokujący myślenie jakim jest różaniec?

c) Kontrola uczuć

...kontrolowanie emocji – zmierza do tego, by ograniczyć skalę ludzkich uczuć i nimi manipulować. Strach i poczucie winy są w tym wypadku podstawowymi narzędziami. Poczucie winy jest chyba najistotniejszym czynnikiem sprzyjającym wyrabianiu postawy konformistycznej i wymuszaniu uległości...

Do najbardziej cenionych uczuć należą lojalność i oddanie grupie... Nie wolno im również krytykować przywódcy, natomiast samokrytyka jest jak najbardziej pożądana.

W niektórych sektach wzajemne relacje wyznawców także poddawane są ścisłej kontroli...

...Celowo zakłóca się równowagę emocjonalną, chwaląc ludzi w jednym momencie po to, by za chwilę ich zganić...

Wymóg spowiadania się z popełnionych grzechów i niecnych zamiarów jest kolejnym sposobem sprawowania kontroli nad uczuciami. Oczywiście, grzech... rzadko jest wybaczany w prawdziwym znaczeniu tego słowa i równie rzadko zostaje zapomniany...

Najskuteczniejszym sposobem sprawowania kontroli uczuć jest wywoływanie i podsycanie fobii... Doprowadza się ludzi do takiego stanu, że wpadają w panikę na samą myśl o opuszczeniu grupy. Pocą się, serce bije im gwałtownie... Jest niemal niemożliwe, by członek sekty, poddany takiej indoktrynacji, mógł czuć się bezpiecznie z dala od grupy. (str.99-101)

Wina jest rzeczywistością w życiu każdego człowieka. Gdy winie nie czyni się zadość, może prowadzić do lęków, choćby dlatego, iż wina oddziela nas od Boga i od ludzi, a w końcu też od samych siebie. Dlatego właśnie przebaczenie i uwolnienie od winy oraz strachu są centralnymi punktami chrześcijaństwa. Winy się nie wypiera, lecz wyznaje i przebacza. W Bożej sile doświadczamy uwolnienia i możemy żyć z czystym sumieniem. Napomnienia braterskie służą nie kontroli, ale przerzuceniu pomostu ku uwolnieniu od winy. Jesteśmy zobowiązani napominać się nawzajem, obojętnie, czy ten, kto zgrzeszył, jest we wspólnocie tydzień czy dwadzieścia lat. Celem chrześcijańskiego napomnienia jest trwałość i stabilność w dobru. Pochwała i nagana uzupełniają się nawzajem. Dopiero, gdy pochwała i nagana są oddzielone od konkretnej sytuacji życiowej, stają się środkami psychomanipulacji, gdzie pochwała służy do wzmocnienia nieetycznego postępowania, a nagana do wzbudzenia uczuć winy.

Chrześcijanie po to są razem, aby się napominać i zachęcać (1 Tes 5,11). A na obelgi nie powinno być miejsca we wspólnocie.

Nikt nie zostanie we wspólnocie na stałe jedynie z motywów lęku. Tylko miłość do Boga jest motywacją, która spaja naszą wspólnotę.

Oczywiście Biblia zawiera surowe ostrzeżenia przed odpadnięciem od Boga. Jednak w przypadku natchnionych autorów tekstu biblijnego możemy założyć, że nie chodziło im o to, co S. Hassan nazywa kontrolą uczuć, tylko o szczere ostrzeżenie przed realnym niebezpieczeństwem. Dlatego i my ostrzegamy przed odpadnięciem, zawsze jednak świadomi, że chodzi przede wszystkim o wzbudzenie miłości.

d) Kontrola informacji

W wielu kultach o charakterze totalitarnym podstawowe źródło informacji stanowią publikacje sekt. Dostęp do pozostałych środków masowego przekazu jest bardzo ograniczony...

Kontroli podlegają także rozmowy członków sekty. Nie wolno im dzielić się krytycznymi uwagami na temat przywódcy, doktryny czy metod działania organizacji. Muszą natomiast szpiegować się nawzajem... Nowicjusze mogą ze sobą rozmawiać tylko w towarzystwie starszego członka sekty...

Kontrola informacji w destrukcyjnych sektach oznacza także istnienie różnych poziomów „prawdy”. Inna jest doktryna „oficjalna”, inna „na wewnętrzny użytek”... (str.102)

W naszej wspólnocie można znaleźć literaturę najróżniejszych grup i organizacji. Nie ma jakichkolwiek ograniczeń jeśli chodzi o lekturę. To, że chrześcijanin unika gazet i książek o nieprzyzwoitej treści, rozumie się samo przez się. Krytyka jest nie zabroniona, lecz pożądana, o ile tylko jest konstruktywna. W życiu naszej wspólnoty dajemy wiele miejsca na budowanie wzajemnych relacji, także z najmłodszymi braćmi w wierze.

Znamy tylko jedną i jedyną prawdę, którą dzielimy się ze sobą we wspólnocie, i którą chcemy się również dzielić z tymi na zewnątrz.

Czym rzeczywiście jest kontrola informacji, możemy przeczytać w przytoczonym już powyżej fragmencie Reguły „św.” Benedykta:

O braciach, którzy udają się w drogę - Niech nikt nie waży się opowiadać drugiemu, co widział lub słyszał poza klasztorem, ponieważ jest to bardzo szkodliwe. Jeśli ktoś ośmieli się to zrobić, poniesie przewidzianą w Regule karę, podobnie jak i ten, kto by się odważył wyjść poza obręb klasztoru lub pójść dokądkolwiek lub zrobić cokolwiek, choćby całkiem drobnego, bez pozwolenia opata. (Reguła św. Benedykta, rozdz.67; www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/regula_osb_01.html; 2005)

Każdy czytelnik może sam ocenić, gdzie jest tu mowa o systemie totalitarnym.

V. „A Pan niech pomnoży liczbę waszą i niech spotęguje waszą wzajemną miłość dla wszystkich...” (1 Tes 3,12)
Odnośnie: „Jak żyje się w Grupie?”

A. „Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.” (1 Kor 12,27)
Odnośnie: „Wspólnota”

1. „W Antiochii też po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami.” (Dz 11,26)
Odnośnie: „Nazwa i samookreślenie Grupy”

G. Kluge oddaje prawie poprawnie nasz punkt widzenia na kwestię nazwy. Jesteśmy chrześcijanami i nie chcemy być nikim innym. Odrzucamy także określenie „prawdziwi chrześcijanie”, jak stwierdzono już powyżej.

Nadanie denominacji jakiejkolwiek wyszczególniającej ją nazwy stoi w sprzeczności z wolą Boga, gdyż Ten chce tylko jednej wspólnoty. Kto upiera się przy istnieniu poszczególnych wspólnot, pokazuje, że nie zabiega o jedność, wręcz przeciwnie - niszczy on świątynię Bożą.

Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. (1 Kor 3,17)

Określenia „katolicki”, „ewangelicki”, „prawosławny”6 są poprawne w odniesieniu do jedynego Kościoła, bo istnieje, i może istnieć, tylko jedna katolicka (co znaczy „powszechna, ogólna”), ewangeliczna, prawowierna wspólnota. Jednak słowa te użyte na określenie odrębnych wspólnot, przestają być właściwe (odosobniona grupa nie jest ogólna i powszechna, ewangeliczna czy też prawowierna) i są wyrazem buntu przeciwko Bożemu nakazowi jedności.

Grupa Holic” nie jest nam znana. Poważny i starający się o obiektywność „pełnomocnik ds. sekt” nie posługuje się nazwami, którym opisywana grupa - ze względu na swe zasady - głośno i wyraźnie się sprzeciwia.

2. „...albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście.” (Mt 23,8b)
Odnośnie: „Struktura wewnętrzna Grupy”

O braterskiej strukturze wspólnoty biblijnej mowa była powyżej. Nie istnieje w niej jakiś raz na zawsze określony krąg starszych braci, przez których przemawia Duch Święty. Ducha Świętego mają wszyscy.

Wy natomiast macie namaszczenie od Świętego i wszyscy jesteście napełnieni wiedzą. (1 J 2,20)

Każdy jest powołany do zaangażowania się we wspólnotę z całą swą siłą i ze wszystkimi swymi darami. Ani struktury hierarchiczne, ani demokratyczne nie umożliwiają działania Bożego. Chodzi przecież o to, by rozpoznać co jest słuszne i to robić. Nawet jeśli na początku tylko niewielu rozpoznałoby coś słusznego, na pewno także i pozostali będą w stanie to zrozumieć i przyjąć. Nie chodzi o ślepe posłuszeństwo, lecz o czynienie tego, co się rozpoznało jako właściwe.

Nie używamy wyrażenia „stanowczy chrześcijanin” (WPL tłumaczy „prawdziwy chrześcijanin”). Pochodzi ono raczej z protestanckiego ruchu przebudzenia, gdzie ludzie tylko połowicznie chcą służyć Bogu. Wyrażenie to zakłada rzekome istnienie innego rodzaju chrześcijan, którzy żyją w niezdecydowaniu.

Jedność stanowi dla nas wielką i osiągalną wartość, a nie utopię. Dlatego sytuacje braku jedności są dla nas dużym wyzwaniem, którego nie można po prostu odłożyć ad acta.

To, że „niewielkie wątpliwości” mogą prowadzić do „wykluczenia nieposłusznego z Grupy”, jest zniesławiającym zarzutem. Wykluczać ze wspólnoty można tylko fałszywych nauczycieli lub też osoby, których postępowanie poważnie wykracza przeciw moralności. W takich to przypadkach Słowo Boże nakazuje wykluczenie.

G. Kluge opisał nasz sposób obchodzenia się z pieniędzmi względnie poprawnie. Tylko, że dobrowolność wspólnoty majątku nie jest subiektywnym odczuciem zmanipulowanej ofiary, ale obiektywną rzeczywistością, której podstawą jest miłość. To, że wzajemne dzielenie się dobrami funkcjonuje bez żadnych sztywnych struktur, pokazuje sam fakt, że każdy z nas daje chętnie i z serca.

3. „Przez Niego więc składajmy Bogu ofiarę czci ustawicznie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię.” (Hbr 13,15)
Odnośnie: „Nabożeństwa w Grupie”

Całe nasze życie to nabożeństwo7, czyli służenie Bogu:

A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. (Rz 12,1)

Dlatego nie chcemy wykonywać rytualnych czynności, ale uwidaczniać działanie Boga w każdym naszym działaniu.

Zbawienie podarowane zostało nam przez Jezusa, dlatego nie znamy żadnych znaków (sakramentów), które miałyby wyjednać nam to zbawienie.

Jezus ustanowił chrzest (Mt 28,19). Jest on znakiem nawrócenia (Dz 2,38), śmierci starego człowieka i początku nowego życia w Chrystusie (Rz 6,3-11). Błędna i magiczna interpretacja chrztu, która samą formę chrztu, pozbawioną jego treści, uważa już za zjednującą zbawienie, wymaga, byśmy podkreślali, że to nie chrzest zjednuje zbawienie, ale sama wiara, której chrzest jest wyrazem.

Gdy w Biblii czasami mowa jest o samym akcie chrztu odnoszącym się do chrześcijan, wówczas zewnętrzna forma wyraża przede wszystkim treść.

Jest tylko jeden chrzest (Ef 4,5). Nie chrzcimy nigdy powtórnie. Jeśli niewierzący „ksiądz”, „pastor”, itp. polewa dziecko niewierzących rodziców wodą w obecności niewierzących rodziców chrzestnych i innych krewnych, cytując przy tym słowa Jezusa z Mt 28, to nie jest to chrzest, lecz jedynie pusty rytuał.

Jednak w żadnym przypadku nie chrzcimy braci, którzy byli chrześcijanami jeszcze zanim się spotkaliśmy, ponieważ nie poddajemy ich chrześcijaństwa w wątpliwość.

Tak jak Paweł nie uznał za stosowne ochrzcić Apollosa (Dz 18,24-28), tak i my nie chrzcimy braci, których poznaliśmy, gdy byli już chrześcijanami.

Jak G. Kluge słusznie zauważa, uważamy chrzest niemowląt za uzasadniony wtedy, gdy dziecko ma wierzących rodziców, którzy zapewnią mu chrześcijańskie wychowanie. Definitywnie wykluczamy chrzest dzieci z chrześcijańskiej rodziny w młodym albo dorosłym wieku. W chrześcijańskiej rodzinie dziecko od małego poznaje drogę Pańską i w pozytywnym przypadku, wciąż robi drobne kroki we właściwym kierunku. U dzieci chrześcijańskich rodziców nie wybija wielka godzina nawrócenia, ale raczej wiele drobnych decyzji za Bogiem. Dziecko chrześcijan od początku jest przyjęte przez wspólnotę i w niej poznaje chrześcijaństwo.

Historie przeróżnych grup chrzcielnych dowiodły, że chrzest dzieci urodzonych po nawróceniu rodziców (nie znany pierwszym wiekom) nie stanowi żadnego zabezpieczenia przeciwko zeświecczeniu Kościoła. Jedyne zabezpieczenie to stała troska o czystość wspólnoty, do której należy też gotowość przyjęcia – w negatywnym przypadku - faktu niewiary własnego dziecka i zaakceptowania tego, że nie chce ono żyć we wspólnocie.

Forma chrztu (pokropienie czy zanurzenie) jest sprawą drugorzędną. Ważne jest jedynie pragnienie chrzczonego, by naśladować Jezusa.

Wieczerza Pańska jest świętem naszego zbawienia. Dlatego przestrzegamy jednogłośnie praktyki pierwszych chrześcijan, że tylko ci biorą w niej udział, którzy to zbawienie przyjęli, to znaczy wszyscy chrześcijanie. Wyrażenie, jakiego użył G. Kluge „tylko członkowie całkowicie zdecydowani” jest nonsensem. Albo się jest chrześcijaninem, albo się nim nie jest.

Odrzucamy zarówno katolickie rozumienie eucharystii (charakter ofiary oraz doktrynę transsubstancjacji), jak i symboliczne pojmowanie wieczerzy niezliczonych wolnych kościołów oraz zwolenników Zwingliego. Także kalwinistyczne wyjaśnienie o duchowej obecności jest niewystarczające, ponieważ Jezus jest zawsze duchowo obecny niezależnie od Wieczerzy Pańskiej. Wyznajemy, że Jezus jest cieleśnie obecny w chlebie i w winie, które nie zmieniają swej istoty.

Na przekór stwierdzeniu G. Kluge o „braku zainteresowania kwestiami teologicznymi, które nie mają związku z praktycznym życiem lub organizacją wspólnoty” raz po raz zajmujemy się wspólnie sprawą Wieczerzy, i to intensywniej niż on myśli. Poza tym chybione jest traktowanie Wieczerzy Pańskiej tylko jako „kwestii teologicznej”. Przecież jest ona też związana z praktycznym życiem.

Na temat rytuału nic bliżej nie wiadomo.” Bo i nie chcemy mieć żadnego rytuału. Jedynym punktem zawsze obecnym w naszej Wieczerzy jest przypomnienie dzieła Jezusa poprzez odczytanie słów ustanowienia Wieczerzy.

Tak samo nie istnieje wspomniany przez G. Kluge „rytuał” wyznania grzechów. Grzechy można wyznawać w różny sposób, od prywatnej rozmowy we dwoje po rozmowę w większym gronie. Wyznawanie grzechów jest jasno wyrażonym przykazaniem Bożym (Jk 5,16). Właśnie poprzez wyznanie grzechów Bóg pomaga nam się rzeczywiście od nich uwolnić.

Nie zazna szczęścia, kto błędy swe ukrywa; kto je wyznaje, porzuca - ten miłosierdzia dostąpi. (Prz 28,13)

Już Didache (pismo wczesnochrześcijańskie z końca I wieku) zaświadcza o praktyce wyznawania grzechów w obecności wspólnoty.

W zgromadzeniu będziesz wyznawał swe błędy i nie pójdziesz na modlitwę z nieczystym sumieniem. Taka jest droga życia. (Didache 4,14)

Natomiast katolicka praktyka spowiedzi usznej jest wynalazkiem średniowiecza.

Nie znamy też żadnych osób szczególnie upoważnionych do rozgrzeszania (jak na przykład ksiądz w katolicyzmie). Bóg przebacza każdemu, kto żałuje za swoje grzechy i wyznaje je, bez pośrednictwa szczególnych osób trzecich.

Wspólne spotkania stanowią z pewnością główny punkt naszego dnia. Ale to nie one są naszymi rzeczywistymi „nabożeństwami”. Nasze zachowanie w pracy czy w szkole musi być tak samo godne Boga, jak czas spędzony wspólnie z braćmi.

Nasze spotkania służą budowaniu ciała Chrystusa. Stąd każdy członek tego ciała musi mieć możliwość dać na nich coś z siebie.

Bóg ma być chwalony we wszystkim, też w naszym śpiewaniu. Nie pragniemy poprzez nie uczynić zadość oczekiwaniom estetycznym naszych krytyków, lecz uwielbiać naszego Stworzyciela i Zbawiciela.

Do Boga modlimy się zarówno we wspólnocie, jak i sami. Naszym pragnieniem jest żyć stale we wspólnocie z Bogiem, wciąż się modlić. Modlitwy nie da się zredukować do określonych godzin modlitewnych. Bóg jest wciąż przy nas i możemy składać Mu w modlitwie całe nasze życie. Osobista relacja z Bogiem wyraża się w osobistej modlitwie. Pomówienie, że odrzucamy modlitwę jednostki jako wyraz odizolowania się od wspólnoty, nie stanie się prawdą poprzez wielokrotne powtarzanie go. Chociaż w najnowszej wersji swojego pisma Kluge zastrzega się, iż prywatna modlitwa jest mimo wszystko dozwolona w szkole lub miejscu pracy.

Wspólna i osobista modlitwa nie wykluczają się, lecz uzupełniają się nawzajem.

Jezus nie przyszedł, aby ustanowić nową, „lepszą” formułę modlitewną. Dlatego słowa „Ojcze nasz …” widzimy jako naprowadzające na dążenia, które mają kształtować modlitwę na wzór woli Jezusa. Boże królestwo i Bożą wolę przedkładamy nad wszystko inne. Jezusowi nie chodziło o dokładne powtarzanie Jego słów. Chciał nam pokazać, co powinno być treścią naszych modlitw.

W sprawie dni świątecznych zajęliśmy stanowisko już powyżej.

4. „Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne.” (Dz 2,44)
Odnośnie: „Formy spędzania czasu”

W tym rozdziale swego artykułu G. Kluge powtarza mniej lub bardziej znane zarzuty. Jednak przez sam fakt powtarzania ich, nie stają się one bardziej uzasadnione.

Pomysł mieszkania razem, jak to już na wstępie (II.) podkreślono, podsuwa już fakt, że wielu z nas z powodu zdobywania wykształcenia lub wykonywania pracy zawodowej nie mieszka w swym pierwotnym miejscu zamieszkania. Ponadto taki styl życia posiada niewątpliwie sporo zalet, jeśli chodzi o życie wspólnotowe. Utrzymanie jednego większego domu sprawia mniej kłopotów (również finansowych) i zajmuje mniej czasu niż prowadzenie kilku. W ten sposób możemy się też spotykać nie tylko wieczorem, ale i zaczynać dzień wspólną modlitwą.

Tym bardziej budujące i inspirujące są spotkania z braćmi z innych miast czy państw. Wspólne rozmowy o Słowie, czy o własnych doświadczeniach pomagają poznać głębiej i Boga, i siebie nawzajem. Wspólne przebywanie w przyrodzie pogłębia też naszą relację z Tym, który ją ukształtował.

Nie ma osoby odpowiedzialnej za rozdzielanie braci na spacery! Każdy stanowi sam o sobie i niepotrzebne nam jest kierownictwo „z góry”.

G. Kluge, zarzucając nam, iż potępiamy izolowanie się par małżeńskich we wspólnocie, odwraca sprawę do góry nogami. Przecież kto się dobrowolnie przyłączył do wspólnoty, ten nie ma zamiaru się od niej izolować, co dotyczy także i wierzących małżeństw. Być może dałoby się przyrównać relacje między wspólnotą a rodziną do relacji między rodziną w szerokim i w węższym sensie pokrewieństwa, jakie były powszednie w minionych stuleciach. Rodzina najbliższych była scalona z rodem obejmującym parę pokoleń dziadków, ciotek czy wnuków. Tak samo wśród nas rodzina jest włączona we wspólnotę jak w wielopokoleniowy ród. Naturalnie takie życie wymaga przezwyciężenia własnego egoizmu i możliwe jest tylko na bazie absolutnej dobrowolności.

Nasz krytyk potwierdza, że „uczucie przynależności” między nami „nacechowane jest silnie uczciwością i poprawnością”, jednocześnie powątpiewając w tym samym zdaniu, czy aby “w Grupie istnieją prawdziwe stosunki międzyludzkie”. Niestety nie wyjaśnia on, jak pogodzić owe dwie sprzeczne ze sobą wypowiedzi.

Cokolwiek rozumiałby jednak poprzez „prawdziwe stosunki międzyludzkie”, to intensywne poczucie współprzynależności, wielka uczciwość i poprawność pośród ludzi najróżniejszego pochodzenia oraz rożnych warstw społecznych są owocem działania Bożego.

O jakich grupach, które G. Kluge uznaje za wspólnoty chrześcijańskie, odważyłby się on napisać podobne rzeczy?

Na wielokrotnie powtarzany zarzut zerwania stosunków z dotychczasowym środowiskiem możemy odpowiedzieć, że istnieje różnica między wspólnotą w wierze, a pozostałymi relacjami. 2 Kor 6,14 nn mówi o niemożności duchowej wspólnoty z niewierzącymi, co nie oznacza jednak zerwania stosunków z dotychczasowym środowiskiem. Każdy z nas żyje w różnorodnych relacjach ze „światem zewnętrznym”. Nie staramy się zawczasu o zerwanie relacji z rodzicami czy krewnymi. To raczej nietolerancyjne postępowanie rodziców uniemożliwia podtrzymanie relacji. Ale jest jasne, że zmiana naszych priorytetów prowadzi do przesunięcia punktu ciężkości w naszych relacjach. Zasadnicze zerwanie wszelkich kontaktów w formie wymaganej przynajmniej w przeszłości przez niektóre katolickie zakony, nie jest naszym celem i jest przez nas odrzucane.

To nie „ograniczenie kontaktów z otoczeniem” powoduje, że „wzmacniają się kontakty wewnątrz Grupy”, ale raczej obranie sobie duchowych priorytetów, doświadczenie wspólnoty z braćmi prowadzi do ograniczenia powierzchownych relacji ze „światem zewnętrznym”. Przy tym staramy się dać mocne podwaliny naszym dotychczasowym relacjom zbudowanym na powierzchownych podstawach. Relacje międzyludzkie mogą być głębokie tylko wtedy, gdy Bóg stoi w ich centrum. Tylko tak możemy pomóc sobie nawzajem nawet w naszych problemach.

Staramy się, jak to G. Kluge słusznie zauważa, o prosty styl życia, co ocenia on też w komentarzu końcowym pozytywnie. W przeciwieństwie do niektórych prądów katolickich, nie widzimy ubóstwa jako celu samego w sobie (jak np. Franciszek z Asyżu).

Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni! A ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy. Za nimi to uganiając się, niektórzy zabłąkali się z dala od wiary i siebie samych przeszyli wielu boleściami. (1 Tm 6,8-10)

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. (Mt 6,24)

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. (Mt 6,19-21)

Skoro nasz skarb jest w niebie, to rzeczy tego świata nie są jego osią. Chcemy z wdzięcznością korzystać z materialnych darów w skromnym życiu. Ubóstwo nie jest celem życia, jednak w porównaniu z wielkim skarbem, który podarowany jest nam przez Jezusa, dobra ziemskie tracą na znaczeniu.

Nie zamierzamy iść za głosem ludzkich mód, lecz za głosem Boga, który przyodział nas w „szatę zbawienia” (Iz 61,10).

Nie dysponujemy żadnymi tajemnymi źródłami pieniędzy, żyjemy z pracy własnych rąk. Dzięki wspólnocie dóbr oraz prostemu stylowi życia udaje nam się zebrać środki na większe zakupy, jak na przykład nasze mikrobusy, potrzebne nam do spotkań. Nawet jeśli panu Kluge wydaje się to podejrzane, my nie mamy nic do ukrycia. Podejrzenia tego rodzaju trzeba by raczej wysunąć pod adresem „kościoła” katolickiego i jego bogatej historii.

Cieszymy się z przyrody, z przepięknych rzeczy, które Bóg umieścił w swoim stworzeniu. Nasze wędrówki, określone jako „bardzo długie”, trwają zazwyczaj trochę ponad trzy, wyjątkowo cztery do pięciu godzin (w przypadku, jeśli mamy jakiś cel szczególnie warty obejrzenia). Ci z nas, dla których takie spacery są zbyt obciążające, obierają sobie krótsze trasy. Wielu z nas pracuje za biurkiem czy studiuje. Przy takim siedzącym trybie życia dobrze robi fizyczny wysiłek, połączony jednocześnie z rozmową i duchową wymianą myśli.

Powyżej wyrażone już zostało zdanie na temat odrzucenia świąt. Porównanie z napiętnowanymi formalizmem Świadkami Jehowy jest nie na miejscu.

Zarzut, że głosimy nasz własny styl życia jako Bożą wolę wymagając, by każdy tę formę od nas przejął, wychodzi z błędnego założenia. Punktem wyjścia jest dla nas zawsze pytanie o Bożą wolę. Z niej wychodząc kształtujemy nasze życie. Ponieważ w Biblii nie da się znaleźć gotowego modelu życia, przy konkretnym planowaniu musimy uwzględnić wymagania stawiane nam przez warunki zewnętrzne tak, aby znaleźć drogę, która najlepiej posłuży wszystkim do zbudowania.

5. „Wobec obcych postępujcie mądrze, wyzyskując każdą chwilę sposobną.” (Kol 4,5)
Odnośnie: „Kontakty z otoczeniem”

Nasz krytyk także w tym rozdziale powtarza już wyżej poczynione zarzuty. Stąd i w poniższym tekście dojdzie do pewnych powtórzeń.

Także między niechrześcijanami jest tak, że wraz z każdą nową znajomością, z wejściem człowieka w nowy krąg przyjaciół, można „zaobserwować ... zmiany w jego zachowaniu i komunikowaniu się z otoczeniem”. Gdy poznajemy nowych ludzi, nowe tematy zaczynają decydować o treści rozmów, czy doborze rozmówców. O ileż silniej kształtuje człowieka spotkanie z Bogiem. Także pierwsi chrześcijanie przyznawali:

Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli. (Dz 4,20)

Królestwo Boże, pójście za Jezusem są decydującym tematem naszego życia. Rzeczy nieistotne, jak znaczki pocztowe czy mecze piłkarskie, przestają być po prostu tematem do rozmowy. Niechrześcijaninowi, dla którego Bóg nie stoi w centrum jego życia, mogłoby się wydać podejrzane, że „elementy religijne dominują w ... sposobie życia i myślenia”. Ale co innego odróżnia chrześcijanina, jeśli nie staranie, by poddać swe całe życie i myślenie Chrystusowi?

Fakt, iż Bóg zajmuje w naszym życiu centralne miejsce, nie oznacza jednak, że nie istnieją dla nas inne tematy rozmów. Nie jesteśmy ludźmi apolitycznymi, bez kultury i obcymi nauce. Ale wszystko widzimy jako podporządkowane Chrystusowi na podstawie wiary.

Taktyka „prezentowania rodzinie potencjalnego członka w fazie werbowania pozytywnego obrazu Grupy”, o jaką się nas pomawia, aby później „ograniczyć do minimum bądź zupełnie urwać dotychczasowe kontakty z ludźmi spoza sekty”, nie ma w rzeczywistości miejsca. Nie mamy nic do ukrycia. Każdy, kto rzeczywiście chce nas poznać, ma od samego początku możliwość być z nami i poznać nas takimi, jakimi jesteśmy. Nasi goście mają możliwość poznania naszego wspólnego życia od wewnątrz. Chcemy od początku zapewnić każdemu, na ile to możliwe, udział w naszym życiu (por. 1 Tes 2,8), a nie odgrywać religijne przedstawienie. Nie chcemy nikomu ukazywać zafałszowanego obrazu nas samych, czy to na naszą korzyść czy niekorzyść. Nie głosimy samych siebie, ale Jezusa (2 Kor 4,5). Każdy może sam sprawdzić, na ile nasze życie odpowiada wymogom Jezusa.

Członkowie rodziny mają także możliwość dokładnego obejrzenia naszego życia. Zdarzało się już, że rodzice przyłączyli się w ślad za swymi dziećmi do wspólnoty, ponieważ byli wolni od uprzedzeń, dzięki czemu mogli doświadczyć działania Boga w ich dzieciach i we wspólnocie. Ci rozpoznali w przemianie swoich dzieci nie efekt manipulacji psychologicznej, ale dzieło Boga.

Niestety przypadki, w których także krewni obierają drogę naśladowania, należą do rzadkości. Różnica celów w życiu powoduje, że podstawa wiążąca kogoś z rodziną kurczy się, a kontakt z nią staje się słabszy. Nie jest to wynikiem wyrafinowanej manipulacji, ale naturalnego rozwoju. Ponadto, odpowiada to słowom Jezusa:

Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. (Mk 10,29-30)

Fragment z 2 Kor 6,14-18, przytoczony przez G. Kluge nie dotyczy tego problemu. Jak już wspomniano powyżej, w 2 Kor 6 chodzi jedynie o niemożność duchowej wspólnoty wierzących z niewierzącymi.

Co się tyczy zarzutu ignorowania Jezusowej praktyki wspólnego ucztowania z grzesznikami: Jezus troszczył się o wszystkich, powoływał grzesznych, zasiadał z nimi do stołu, z tym, że nie uczestniczył w ich grzechach. Tam, gdzie był Jezus, Bóg zawsze był w centrum uwagi. On przyniósł miłość Bożą ludziom spisanym na straty przez faryzeuszy. Królestwo Boże było osią całego Jego życia, działania i wszystkich rozmów. Wielu grzeszników chwyciło się darowanej im przez Jezusa możliwości i nawróciło się. Mimo to, Jezus nigdy swą obecnością nie dawał potwierdzania grzechom ludzi. Czy też G. Kluge przypuszcza, że Jezus – przełożywszy problem na dzisiejsze warunki – rozprawiałby z ludźmi o piłce nożnej czy wyścigach samochodowych, zasiadałby razem z nimi w kinie i milcząco uśmiechał się, słysząc ich sprośne żarty? Tam, gdzie ludzie mieli w głowie coś innego niż Boga, i Jezusowi brakło podstaw do rozmowy.

Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,32)

Grzesznicy uwierzyli Janowi Chrzcicielowi, a tym bardziej w późniejszym okresie Jezusowi. To stanowiło podwalinę do dalszej wspólnoty z nimi.

Inny zarzut brzmi: „Chrześcijanin, który nie nawrócił się po spotkaniu z Grupą Holic, jest dla nich w zasadzie jeszcze gorszy niż ateista, do którego nie dotarło jeszcze przesłanie”. Krótko na ten temat:

  1. Ktoś, kto już stał się chrześcijaninem, nie potrzebuje się nawracać. Jeszcze nigdy nie wymagaliśmy nawrócenia od chrześcijanina. Jak już wielokrotnie zostało powiedziane, cieszymy się z każdego chrześcijanina, którego Bóg doprowadza do nas.

  1. Pseudochrześcijanin niechętny nawrócić się do Boga (a nie do nieistniejącej „Grupy Holic”), stawia siebie samego w gorszej sytuacji niż każdy, kto nigdy jeszcze nie słyszał dobrej nowiny (obojętnie, czy to ateista, czy człowiek w jakiś sposób religijny). Kto sprzeciwia się, gdy Bóg woła, zatwardza się wobec Niego. Temu będzie o wiele trudniej posłuchać, gdy Bóg będzie wołał go powtórnie, niż komuś, kto jeszcze nic nie słyszał.

  1. Za Pawłem jednak wyznajemy, że każdy człowiek jest w stanie poznać Boga, i dlatego nie ma ateistów, którzy byliby nimi w dobrej wierze.

To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. (Rz 1,19-20)

Stąd należy niestety założyć, że i ateiści mają za sobą poważne decyzje przeciwko Bogu, co nie przeszkadza nam jednak starać się również o nich.

Powyżej przytoczona krytyka zakłada również, że staramy się o ateistów, co pokazuje, iż stwierdzenie G. Kluge, jakoby „nie wiadomo” było „nic o misjach wśród ateistów”, nie odpowiada rzeczywistości.

Interesujące, że „członków sekty” obsypuje się pochwałami, jakich G. Kluge udzieliłby tylko niewielu swoim katolickim braciom w wierze, gdy pisze: „Prawdopodobnie członek sekty wolałby nie udzielić żadnej odpowiedzi, niż uratować się z opresji przy pomocy kłamstwa”.

Kto wierzy w prawdę, żyje nią.

A propos krytyki niewystarczającej „działalności społecznej Grupy w otoczeniu”: to prawda, że nasze zadania widzimy nie w działalności na rzecz społeczeństwa, jednak nie dlatego, że myślimy, że są z gruntu złe. Niektórzy bracia w ramach swych zawodów zajmują się „działalnością społeczną”. Jednak główne zadanie chrześcijanina jest inne. Jezus nie posłał swoich uczniów, by usuwali społeczne niedomagania, ale by zwiastowali Ewangelię. Walka z biedą materialną to ważne zadanie. Konieczność walki z duchową biedą jest jeszcze większa. Z jednej strony, ponieważ życie bez Boga ma konsekwencje nie tylko tu na ziemi, lecz oddziela człowieka bezpowrotnie od źródła wiecznego szczęścia. Z drugiej strony to właśnie grzech człowieka jest częstokroć przyczyną niesprawiedliwości społecznej. Chrześcijanin nie uciska ludzi wokół siebie i nie bogaci się ich kosztem. W ten sposób misja pośrednio przyczynia się do usunięcia niesprawiedliwości. Dzielenie się dobrami i prosty styl życia chrześcijan są modelem dla środowiska. Poprzez życie wspólnoty ma się uwidaczniać to, jak mogłoby być, gdyby wszyscy szli za Bogiem.

Z pełnym zdecydowaniem odrzucamy jednak zasadę, którą znaleźliśmy w podręczniku jednej z podorganizacji rzymsko-katolickich: Nie wolno udzielać jakiejkolwiek pomocy materialnej, nawet w najmniejszym wymiarze. Z doświadczenia musimy podkreślić, że nakaz ten dotyczy także starej odzieży (Das offizielle Handbuch der Legion Mariens, Wien 1962, s. 303; tłum. wł.).

Na szczęście w krajach, z których braci znamy, istnieją pewne struktury zabezpieczeń socjalnych. Stąd potrzeba pomocy społecznej nie jest dziś tak paląca, jak to miało miejsce w czasach biblijnych. Jest nas tak niewiele, że nawet przy całkowitej koncentracji na zadaniach socjalnych, nie zdołalibyśmy rozwiązać wielu problemów. Ale właśnie dlatego, że jest nas tak niewiele, jest tym bardziej konieczne, byśmy całkowicie poświęcili się działalności misjonarskiej. Niechrześcijanie o wyższym poziomie etycznym są także w stanie rozdzielać materialny chleb. Jednak chleb życia przekazał Jezus swoim uczniom, by ci dali innym jeść. Gorliwi jesteśmy, by robić to, co nasz krytyk umieszcza pod etykietką „duża presja misji”.

Jeśli chodzi o mikrobusy: wspólnota ze sobą nawzajem i misja stanowią centrum naszego życia. To wymaga też pewnej mobilności. Z biegiem czasu okazało się, że mikrobusy, w których da się też mieszkać, najlepiej się do tego nadają. Finansowanie tych busów odbywa się w pełni z własnych środków, bez jakichkolwiek dotacji państwowych czy innych. Ponieważ nie stanowimy jakiejkolwiek uznanej przez państwo wspólnoty religijnej, ani żadnego innego związku (czego również nie chcemy), nie korzystamy więc z żadnych przywilejów podatkowych. Fakt, że możemy sobie pozwolić na samochody, których wyposażenie wnętrz nie jest jednakże wcale tak „godne podziwu”, zawdzięczamy w całości dzieleniu się dobrami materialnymi. W przeciwieństwie do szeroko rozpowszechnionego poglądu, iż wspólnota dóbr prowadzi do biedoty, jest choćby czysto logiczne, że prosty styl życia i dzielenie się wszystkimi dobrami uwalnia pieniądze potrzebne do nabycia przeznaczonych do wspólnego użytkowania dóbr.

6. „Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,17)
Odnośnie: „Wykluczenie nieposłusznych członków”

Jeśli chodzi o sprawę wykluczenia, nasze stanowisko wyraziliśmy już w związku z „obrazem wspólnoty” (III.D).

Stwierdzenie G. Kluge, że „Grupie nie zależy na zatrzymaniu wszystkich członków za wszelką cenę” jest w sprzeczności z zarzutem, że pragniemy związać ludzi z grupą za pomocą metod psychologicznych.

Nie wolno rozpatrywać sprawy wykluczenia w oderwaniu od życia wspólnoty. Bóg zobowiązuje nas do walki o siebie nawzajem, do wzmacniania innych w świętości. Spełniamy to poprzez braterskie napomnienie i zachętę. Dopiero, kiedy staje się widoczne, że ktoś kocha grzech bardziej niż życie z Bogiem, gdy widzimy, że nie możemy komuś już pomóc we wspólnocie, pozostaje tylko możliwość wykluczenia.

Przytoczona interpretacja Hbr 6,4nn, że już poprzez ponowny grzech ktoś traci szansę nawrócenia oraz nie ma już dla niego łaski, jest silnie uproszczona i nie jest przez nas rozpowszechniana. Taką naukę zawiera już Pasterz Hermasa, pismo powstałe u schyłku I wieku naszej ery. Życia jednak nie da się wtłoczyć w taki prosty schemat. Nie mamy prawa odmówić komukolwiek możliwości nawrócenia tak długo, jak nie jest to zupełnie jasne, że odpadł od Boga.

O takiej możliwości mówi nie tylko Hbr 6,4n, ale i liczne inne fragmenty dobitnie ostrzegające przed odpadnięciem. I sam Jezus ostrzega:

Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. (J 15,6)

Decyzja naśladowania Jezusa nie odbiera człowiekowi wolności. Boża miłość zawsze pozostawia ludziom otwartą możliwość, by nawet chrześcijanie powiedzieli Mu „nie”. Jeżeli chrześcijanin istotnie odwrócił się od Boga poprzez swoje grzechy, to według jasnych wypowiedzi Pisma, nie ma dla niego już możliwości nawrócenia, bo zatwardził swoje serce wobec Boga.

Uważajcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co "dziś" się zwie, aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. (Hbr 3,12-13)

Nawet jeśli wiele dzisiejszych grup o „biblijnej” nauce odrzuca możliwość odpadnięcia od Boga, to w Biblii nauka ta jest jasno wyrażona. Trzymamy się jej, nawet jeśli stwierdzenie czyjegoś odpadnięcia nie przebiega według prostego schematu, jaki przypisuje nam G. Kluge. Tak długo jak nie jest jasne, czy ktoś odpadł od Boga, chcemy też o niego walczyć. Życie duchowe człowieka jest warte każdego starania.

Prawdą jest, że wykluczenie wykluczeniu nie równe. Jeśli nie możemy komuś już więcej pomóc poprzez wspólnotę z nim, nie znaczy jeszcze, że nie ma dla niego możliwości nawrócenia. Gdy widać, że brat się nawrócił, jest to wielką radością dla całej wspólnoty.

Jeśli jednak ktoś jednoznacznie i nieodwołalnie opuścił drogę Bożą, to i nam pozostaje tylko oddzielić się od niego, bo dla chcących żyć bez Boga nie ma miejsca we wspólnocie.

Nieznana jest nam kara odebrania kluczy od mieszkania za nieszczerość. Jeżeli jednak ktoś stanowi zagrożenie dla życia czy zdrowia braci, jak i ludzi z zewnątrz, poprzez niebezpieczny styl jazdy, jest jak najbardziej naturalne, że wolno mu siąść za kierownicę dopiero wtedy, gdy zmieni swą postawę.

B. „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto <wszystko> stało się nowe” (2 Kor 5,17)
Odnośnie: „Pojedynczy członek”

1. „Nikt walczący po żołniersku nie wikła się w kłopoty około zdobycia utrzymania, żeby się spodobać temu, kto go zaciągnął.” (2 Tm 2,4)
Odnośnie: „Spędzanie czasu”

Zarzuca się nam radykalny styl życia. “Radykalny” pochodzi z łac. Radix, korzeń. Nie chcemy tylko troszkę pobawić się w chrześcijaństwo, lecz żyć jak chrześcijanie przez Chrystusa, który jest naszym korzeniem (Kol 2,7).

Obce są nam jakiekolwiek sformalizowane przepisy dotyczące przebiegu dnia. Oczywiście tyle czasu ile możemy, spędzamy wspólnie. Przy czym konkretne wykorzystanie czasu zależy od aktualnych zadań. Każdemu powinno się zapewnić wystarczająco możliwości, by ubogacał życie wspólnoty poprzez swe zdolności.

Postrzegamy nasz czas, nasze zdolności, nasze ciało jako dar od Boga na Jego chwałę. Dlatego chcemy korzystać z nich wedle Jego woli z wdzięcznością.

Ciało uważamy nie za „brata osła” (jak je traktował Franciszek z Asyżu), z którego mamy wyciągnąć ile się da, lecz za świątynię Ducha Świętego (1 Kor 6,19), w której mamy wielbić Boga. Dlatego jest samo przez się zrozumiałe, że wszystkie potrzeby ciała powinny być zaspokojone, tak potrzeba snu, jak i odżywiania. Ponieważ te potrzeby podlegają indywidualnym różnicom, nie można ich poddać ujednoliconej normatywie. Jednak nasze pragnienie, by służyć Bogu, chroni nas przed przesadnie długim snem, jak to widzimy na przykładzie Jezusa (np. Łk 6,12) czy Pawła (Dz 20,31; 2 Kor 6,5).

Całkiem inną postawę do ciała ma twórca Opus Dei (katolickiego konserwatywnego ruchu odnowy z XX wieku), który został ogłoszony błogosławionym:

Tak samo i ty: jeszcze kwadrans włosiennicy za dusze w czyśćcu, pięć minut za rodziców, jeszcze pięć za braci w dziele apostolskim... Aż upłynie wyznaczony czas. Umartwienie dokonane w ten sposób ma wielką wartość! (Josemaria Escriva, Droga, rozdz. Życie w dziecięctwie, p. 899; http://pl.escrivaworks.org/book/droga/punkty/899, 2005)

Zarzuty G. Kluge co do „niezdrowego odżywiania” ujawniają tylko słabość jego argumentacji. Z jednej strony wie on rzeczywiście mało o naszych zwyczajach żywieniowych, z drugiej strony nie mamy jakiegoś typowo „chrześcijańskiego” jedzenia. Nasze jedzenie jest tak różnorodne jak nasze gusta. Nie uprawiamy kultu jedzenia, ale nie mamy też żadnych przepisów pokarmowych czy innych regulacji odnośnie jedzenia.

Ponieważ wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre, i niczego, co jest spożywane z dziękczynieniem, nie należy odrzucać. (1 Tm 4,4)

Jeśli G. Kluge postrzega nasze mieszkania, w których nigdy nie był, jako sprawiające „wrażenie zimnych, brakuje w nich przytulności”, to jest tylko jego własne zdanie. Zgadza się przede wszystkim, że prawdziwych mieszkań nie posiadamy tutaj, na tej ziemi, tylko u Boga (J 14,2).

Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść. (Hbr 13,14)

Nie zależy nam zatem na jak najpiękniejszym udekorowaniu naszych domostw. Na próżno szukać u nas złota, srebra, czy innych skarbów, na jakie można natrafić w rozlicznych budynkach do celów kultowych. Naszą dewizą jest „prosto i praktycznie”. Ale nie rządzą tu żadne nakazy i zakazy (co nieustannie musimy powtarzać, ponieważ G. Kluge we wszystkim dopatruje się u nas przepisów).

Oczywiście pozbywamy się rzeczy, których już nie potrzebujemy i nie będziemy potrzebować. Nie jesteśmy kustoszami naszego przeszłego życia.

Jak pielgrzym iść nam trzeba

w wolności pustych rąk;

kto zbiera i zabiega,

ten w drodze ciężej ma.

Chcesz, dźwigaj i na śmierć,

my łatwo odchodzimy,

wystarczy nam minimum:

to, co niezbędne jest.

(Gerhard Tersteegen – tłum. wł.)

Lecz i w tym punkcie każdy decyduje o sobie, co chce odrzucić jako niepotrzebny balast przeszłości.

Odnośnie tematu „Zawód”

Dla nas nasze powołanie jako chrześcijan jest czymś innym niż nasz zawód, służący nam do pozyskania niezbędnych do życia środków materialnych. Apostoł Paweł także zarabiał na życie jako wytwórca namiotów. Jego powołaniem było jednak zwiastowanie ewangelii.

Na polu zawodowym staramy się jak najlepiej wypełniać to, co do nas należy, w zgodzie z naszym sumieniem. Jasne jest jednak, iż przykazania Boże nie tracą na ważności w miejscu pracy, tak więc chrześcijanin nie może pozwolić sobie na nieetyczne zachowania (jak np. kłamstwo) tak samo w pracy, jak i we wspólnocie z braćmi.

Nie odrzucamy również z góry pracodawców reprezentujących instytucje kościelne. Inni pracodawcy także nie podzielają naszych poglądów religijnych. Jeśli taki pracodawca nie wymusza na pracownikach udziału w działaniach religijnych danego wyznania, a praca którą zleca nie jest sama w sobie nieetyczna, aktywność zawodowa na rzecz pracodawcy wyznaniowego nie stanowi problemu. Częstokroć problem był raczej odwrotny, mianowicie, katoliccy pracodawcy nie życzyli sobie niekatolickich pracowników.

Jeżeli pewna siostra nie widziała sensu w spełnianiu zachcianek ludzkiej próżności jako fryzjerka i poszukała sobie innej pracy, to było to jej własną decyzją, która, co zrozumiałe, została przyjęta przez wspólnotę. Mimo to nie ma zakazu pracy w zawodzie fryzjera. Niestety, nie zawsze jest łatwo znaleźć zajęcie mające głębszy sens. O ile dane zajęcie nie jest niemoralne, nadaje się na zawód dla chrześcijanina.

Odrzucić trzeba jednak w każdym wypadku te zawody, które służą bezpośredniemu szkodzeniu człowiekowi, jak na przykład sprzedaż tytoniu, czy nieprzyzwoitych publikacji. Dla ludzi wcześniejszych epok było absolutnie jasne, że nie wszystkie zawody przystoją chrześcijanom. W ten sposób reguły kościelne z II i III wieku z góry wykluczyły pewne profesje dla członków Kościoła.

Nie słusznym jest stwierdzenie, że chrześcijanin powinien obejmować tylko „najniższe pozycje”. Pozycji kierowniczych także nie można z góry wykluczać. Chrześcijanin jest jednak świadom, iż praca zawodowa nie może stać się ważniejsza niż powołanie do naśladowania Jezusa. Ze względu na to, nasze zaangażowanie w pracę ma więc pewne granice. Gdyby Paweł rozwinął masową produkcję namiotów, zdobyłby być może wiodącą pozycję na rynku, tylko że brakłoby mu czasu na jego powołanie.

2. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe.” (Rz 12,2)
Odnośnie: „Moralne wytyczne, którymi należy kierować się w życiu”

Nasze życie kształtujemy według Jezusa, który jest naszą wytyczną życiową. Jego wola przenika wszystkie aspekty naszego życia. Jednak nie poprzez ustanowienie kodeksu wytycznych moralnych, lecz poprzez to, iż żyjąc w Nim, widzimy, jak Jego wola, którą jest uświęcenie, wnika we wszystkie obszary naszego życia.

Nasze życie nie jest nieustającą ucieczką przed grzechem, lecz wytrwałym zbliżaniem się do Boga. Nie mamy żadnego kodeksu zachowania, czy to formalistycznego, czy kazuistycznego, którego wymaganiom mielibyśmy sprostać. Lecz ponieważ żyjemy nieprzerwanie jako chrześcijanie, właśnie w naszej codzienności, chcemy we wszystkich naszych sprawach wcielać Bożą wolę w rzeczywistość.

Wyżej wspomniany przykład fryzjerki dobrze ukazuje, że wiele spraw leży w gestii jednostki, a nie jest tępym przestrzeganiem narzuconych regułą zasad.

Odrzucenie alkoholu i nikotyny, które rokrocznie zbierają milionowe żniwo zgonów i chorób, oraz są powodem niewyobrażalnych cierpień, jest chyba oczywiste dla każdego, kto jest świadom swej odpowiedzialności moralnej.

Ci bracia i siostry, którzy niegdyś palili, wraz ze swym zbliżeniem się do Boga uwolnili się od papierosów i nie widzą niepalenia jako przykazania możliwego do spełnienia jedynie poprzez wielkie przezwyciężenie się.

Jeśli chodzi o alkohol: Biblia wprawdzie nie zabrania umiarkowanego spożycia wina. Jednak, właśnie w takich czasach jak nasze, widzimy wiele powodów, by całkowicie wyrzec się alkoholu. Z jednej strony często siedzimy za kierownicą, a dla każdego kierowcy 0,0 promila powinno być bezdyskusyjne. Z drugiej strony alkohol stał się w naszych czasach problemem społecznym niespotykanych dotąd rozmiarów. Chcemy dać ludziom, którzy byli zależni od alkoholu, środowisko, które nie będzie im w żaden sposób pokusą do powrotu do poprzednich grzechów. Poza tym dziś oferuje się mnóstwo przeróżnych soków i herbat ziołowych, którymi bogato obdarza nas przyroda, stanowiących alternatywne rozwiązanie dla tych, którzy nie chcą pić samej wody, a być może nie tolerują mleka.

Co się tyczy innych używek (np. kawy), ich szkodliwość dla zdrowia jest gruntownie wykazana i nie tylko „przez medycynę” są one „uznane jako niezdrowe”. Kto kocha swego Stwórcę, chroni Jego dzieło, a swoje ciało oddaje całkowicie do Jego dyspozycji.

W uwagach G. Kluge na temat mycia się, uwidacznia się z jaką łatwością naciąga on wszystko, aby przypisać naszej wspólnocie rygorystyczny system przykazań. To i smutne, i w sumie śmieszne, że musimy podkreślać, że nie mamy jakichkolwiek wewnętrznych norm określających dozwoloną częstotliwość mycia się. Nawet jeśli merytorycznie słuszne zdanie (cytowane przez G. Kluge, że zbyt częste mycie „prowadzi do uszkodzenia skóry”) rzeczywiście zostało przez kogoś z nas wypowiedziane, to mimo to wniosek, że jest to jakiś rygorystyczny przepis, jest śmieszny. Można się z niego dowiedzieć o wiele więcej o uprzedzeniach G. Kluge, niż o naszych przyzwyczajeniach w dziedzinie higieny osobistej.

Ponownie jednak coś, co naszej wspólnocie jest obce, odnaleźć możemy w regule jednej z organizacji składowych kościoła pana Kluge:

Chorym należy udostępnić korzystanie z łaźni, ilekroć jest to dla nich wskazane; zdrowym zaś, a zwłaszcza młodym, trzeba na to rzadziej pozwalać. (Reguła św. Benedykta, rozdz. 36; http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/regula_osb_02.html, 2005)

Odnośnie: „Wątpienia w słuszność nauk głoszonych przez Grupę”:

Właściwa nauka (a nie jakiekolwiek psychologiczne manipulacje) jest podstawą każdej wspólnoty chrześcijańskiej. Kto poddaje tę podstawę pod wątpliwość, stawia się na zewnątrz wspólnoty. Wspólnota, jeśli chce pozostać Bożą wspólnotą, musi się trzymać nauki objawionej przez Boga. Oczywiście słabym braciom należy się wiele cierpliwości. Jednak ten, kto nie przyjmuje biblijnej nauki, oddzielił się od wspólnoty. Pozbywszy się tej zasady, pozbylibyśmy się naszej tożsamości jako wspólnoty chrześcijańskiej. Zasada, że tylko poprzez właściwą naukę można być zbawionym, jest ogólno-chrześcijańska i znajduje wyraz w niezliczonych dokumentach kościelnych, jak na przykład:

Ktokolwiek chce być zbawiony, musi przede wszystkim wyznawać katolicką wiarę, której jeśliby kto nie zachował całej i nienaruszonej, bez wątpienia zginie na wieczność. (Symbol „atanazjański”, Breviarium Fidei, Wybór doktrynalnych wypowiedzi kościoła, Poznań 1989, str. 623) – tu poprzez „wiarę katolicką” rozumie się wyłącznie właściwą wiarę odnośnie Trójcy i osoby Jezusa. Z tym zdaniem w kontekście tego dokumentu się zgadzamy. Właściwe rozumienie osoby Jezusa i Trójcy jest dla chrześcijaństwa nauką zasadniczą, której nie można pominąć.

Według konstytucji apostolskiej Piusa XII „Munificentissimus Deus” z roku 1950 już świadome wątpliwości co do nauki o wniebowzięciu Marii są wystarczające do potępienia:

Dlatego jeśliby ktoś, czego niech Bóg broni, odważyłby się temu zaprzeczyć albo dobrowolnie podawać w wątpliwość to, co zostało przez Nas zdefiniowanie, niech wie, że odpadł od Boskiej i katolickiej wiary. (Breviarium Fidei, str.278)

U katolików już świadome powątpiewania w niebiblijną naukę wystarczają do odpadnięcia! Nawet, jeśli w praktyce akceptują każdego niewierzącego czy przestępcę (tak na przykład Hitler pozostał aż do śmierci członkiem „kościoła” katolickiego, nie będąc w żaden sposób wyłączonym), w ich własnych wypowiedziach dogmatycznych znajdujemy poglądy, które G. Kluge osądziłby u wszystkich innych grup jako sekciarskie. Czy jego własna organizacja rządzi się innymi prawami?

Nie jest żadnym „rygorystycznym przepisem” wykluczenie za świadomie powtarzane ciężkie grzechy. Jezus sam nakazuje w Mt 18,15-17, by uparci grzesznicy byli wykluczeni. Więcej na ten temat jednak można znaleźć powyżej (III.D.e – obraz wspólnoty).

Przedstawiając naszą postawę do seksualności G. Kluge powołuje się na wypowiedź jednego z naszych „członków”, że „wstrzemięźliwość spowodowana jest zbliżającym się końcem świata”, natychmiast dodając, że to „nie jest opinią ogólnie reprezentowaną przez Grupę”. Ponieważ odkąd odnaleźliśmy siebie nawzajem, zawsze odrzucaliśmy oczekiwanie bliskiego powrotu Pana jako z gruntu sprzeczne z Biblią, możemy definitywnie wykluczyć, że ktokolwiek z braci wypowiedział kiedykolwiek podobne zdanie. Stąd pozostaje tylko możliwość, że albo G. Kluge sam wymyślił tę bajkę, albo że lekkomyślnie uwierzył pomówieniom innych. Popularny wśród „teologów” przesąd, że wielu pierwszych chrześcijan nie zawarło związków małżeńskich z powodu oczekiwania bliskiego przyjścia, przywiodło G. Kluge (czy też jego informatorów) do błędnego wniosku, iż nasz respekt dla bezżenności bierze się z tego samego oczekiwania. To jednak błędny wniosek. Także pierwszym chrześcijanom w ich decyzjach wyrzeczenia się małżeństwa przyświecało nie oczekiwanie bliskiego powrotu Jezusa, ale większa swoboda w staraniu o królestwo Boże. To staranie jest również naszą jedyną motywacją dla bezżeństwa. Wszelkie gnostyckie poglądy, upatrujące się czegoś złego w ciele i w seksualności, są nie do pogodzenia z Nowym Testamentem.

Widzimy seksualność jako część dobrego dzieła Bożego, której miejsce Bóg wyznaczył w małżeństwie (i tylko w małżeństwie). Nie wolno tolerować żadnych przed- czy pozamałżeńskich relacji seksualnych we wspólnocie. W ramach małżeństwa chrześcijańskiego seksualność nie jest zjawiskiem ... którego należy unikać, ale naturalnym wyrazem wzajemnej miłości małżonków. Na bazie miłości takiej, jakiej chce Bóg, seks nie jest egoistyczny, ale wyraża oddanie się partnerowi, z którym się jest jednym ciałem. Zdanie mówiące, że seks ma miejsce wyłącznie na płaszczyźnie cielesnej, podczas gdy stosunki międzyludzkie powinny mieć naturę duchową, jest niewłaściwe i nie odzwierciedla naszego nastawienia.

Stwierdzenie, iż jest dużo ważniejszych rzeczy do robienia, jest rzeczywiście właściwe. W Nowym Testamencie (zarówno u Pawła jak i u Jezusa) znajdujemy jasne wypowiedzi o wartości bezżeństwa (Mt 19,12; 1 Kor 7,7-8.17-24.25-40). Tymi słowami uzasadniamy też nasz szacunek do bezżenności. Fakt, że to właśnie katolicki ksiądz, który sam zdecydował się na taki styl życia, nie może tego zrozumieć, można skomentować jedynie jako zadziwiający.

... ale jako ci, którzy poznaliśmy bez potępienia świętość małżeństwa i idziemy jej drogą i przenosimy ją ponad inną, nie jako coś dobrego od złego, ale jako coś lepszego od dobrego. Nie odrzucamy, bowiem małżeństw, ale się ich zrzekamy, nie nakazujemy, ale przekonujemy do świętości zachowując to, co dobre i co lepsze, według sił każdego idącego za nią, a małżeństwa bronimy głośno dopiero wtedy, gdy je ktoś z wrogością oskarża o wyuzdanie dla zniszczenia Stwórcy, który przecież dla rozmnażania rodzaju ludzkiego pobłogosławił małżeństwo, zgodnie ze czcią jemu należną, podobnie jak wszystko, od czego zależy całe życie i dobry użytek. (Tertulian, Przeciw Marcjonowi, Warszawa 1994, str. 66)

Co się tyczy sprawy hobby, do której G. Kluge wraca raz po raz, zajęliśmy stanowisko już na wstępie. Co Paweł albo Jezus odpowiedzieliby na pytanie o ich ulubione hobby?

Nasze „nastawienie do życia” jest niepodobne temu, jakie się nam zarzuca. Nie potrzebujemy się czymś przed kimś wykazywać. Nie chodzi nam też o jakieś poczucie własnej wyższości. Zależy nam na tym, by stale pełnić Bożą wolę. Mimo to jednak nasze życie nie jest ciągłym powątpiewaniem w słuszność własnego postępowania w takim sensie, w jakim pisze to G. Kluge. Nie chodzi nam o ślepe naśladowanie wymyślnego kodeksu obyczajów, którego szczegóły ciągle dopieszczamy. Chcemy raczej w każdej sytuacji słuchać się Boga, wolni od formalistycznych przykazań, w życiu, w którym świętość to nie tylko hasło, lecz rzeczywistość, uzewnętrzniająca się we wszystkich aspektach życia.

3. „Wdrażaj chłopca w prawidła jego drogi, a nie zejdzie z niej i w starości.” (Prz 22,6)
Odnośnie: „Stosunek do dzieci w Grupie”

Nie jest to miejsce na podręcznik chrześcijańskiego wychowania. Naszkicowane są tu tylko niektóre jego podstawy.

  1. konsekwencja: rodzice (czy też chrześcijanie, z którymi dzieci stykają się we wspólnocie) powinni oznaczać dla dzieci odpowiedzialnych opiekunów. Cenna nie jest tu w pierwszym rzędzie surowość, lecz jasna linia postępowania, która służy dzieciom jako mocna podstawa do zaufania. Nic nie szkodzi dzieciom bardziej niż nieobliczalni opiekunowie. Stąd nasze życie, jakim widzą je dzieci, oraz to, co o Bogu mówimy, powinny stanowić jedność.

  1. wolność: z jednej strony jest zgodne z biblijnym wychowaniem, że dzieci powinny zaakceptować autorytet swoich rodziców. Z drugiej jednak strony rodzice powinni także tak dalece jak to tylko możliwe szanować wolność swoich dzieci. Dziecko nie powinno nigdy postrzegać życia z Bogiem jako przymusu. Jakiekolwiek przymuszanie do czynności religijnych (w tym do modlitwy, czytania Biblii, rozmów na tematy biblijne) jest dlatego nie do przyjęcia. Wielu z nas zaznało, jak rodzice chcieli zmusić nas do naśladowania swojego stylu życia, a część z nas - jak siłą pragnęli powstrzymać nas od chrześcijańskiego życia. Nie chcielibyśmy powtarzać tych samych błędów w odwróconych rolach.

  1. rodzina a wspólnota: najważniejszymi osobami, które zajmują się dzieckiem, są rodzice. Nawet, jeśli dzieci powinny być jak najgłębiej włączone w życie wspólnoty. Dla dzieci wspólnota ma być jak wielopokoleniowy dom, którego częścią jest ich własna rodzina.

4. „Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy.” (1 Tes 2,8)
Odnośnie: „Wspólnota zamiast sfery prywatnej”

Bóg powołuje nas do wspólnoty. Przykład Jezusa zobowiązuje nas, by oddawać życie za braci (1 J 3,16). Owo oddanie życia wyraża się we wzajemnej służbie, w byciu dla siebie nawzajem.

Zarzut G. Kluge: „wspólnota zamiast sfery prywatnej” lekceważy to, co jest istotą wspólnoty chrześcijańskiej. Nikt na przykład nie uznałby stwierdzenia „rodzina zamiast sfery prywatnej” jako usprawiedliwione, ponieważ życie rodzinne uważa się za cząstkę sfery prywatnej człowieka. Naszym życiem rodzinnym jest życie wspólnotowe. Dzielimy życie z braćmi, a nie z nieznanymi, niedostępnymi dla oczu instytucjami.

Życiem prywatnym” Jezusa było Jego życie z uczniami. Paweł był dla młodych w wierze chrześcijan jak matka troskliwie opiekująca się swoimi dziećmi. (1 Tes 2,7). Tak i my spędzamy nasze życie osobiste wraz z braćmi, którym zaufaliśmy i pokochaliśmy poprzez wspólne naśladowanie Jezusa.

Od „naturalnej” rodziny odróżnia wspólnotę odmienna podstawa. Nie wiąże nas wspólne pochodzenie, ale wspólna wiara. Ponieważ podstawa wiary jest mocniejsza, więc i wspólne życie na tej podstawie jest głębsze niż w „normalnej” rodzinie.

Relacją dominującą we wszystkich dziedzinach życia chrześcijanina jest relacja z Bogiem, która wywiera kształtujący wpływ na wszystkie inne relacje. Więź, której osią nie jest Bóg, traci na znaczeniu. Więzi zbudowane na Bogu zacieśniają się.

Powtarzanie oszczerstwa, że „modlitwa i czytanie Biblii na osobności są niepożądane”, nie zmienia faktu, iż jest ono nieprawdziwe. Wspólnota opiera się na relacji każdej poszczególnej osoby do Boga. Każdy doświadcza również umocnienia swojego osobistego zwracania się do Boga poprzez życie wspólnotowe. Jeżeli zainteresowanie Biblią jest u kogoś zbyt małe, również wspólnota nie może podtrzymać jego duchowego życia. Stąd też osobista modlitwa i czytanie Biblii są podstawą duchowego życia, z której nie można zrezygnować, zarówno w przypadku każdej jednostki jak i wspólnoty.

G. Kluge stwierdza, iż „sprawiamy wrażenie nieczułych, okrutnych i fanatyków” oraz że “Grupa sprawia wrażenie oziębłej”. Wrażenia są zawsze subiektywne i silnie zależne od tego, czego oczekuje obserwator. Inni ludzie odnieśli inne wrażenie. Ponadto wrażenie G. Kluge jest sprzeczne z zarzutem „bombardowania miłością” (love bombing). Kto patrzy obiektywnie, ten nie pozostanie pod wpływem wrażeń i będzie sprawdzał naukę oraz życie na podstawie Biblii.

Z pewnością nie jest tak, że mówimy to, co ludzie chcieliby usłyszeć.

Nie milczymy, gdy chodzi o to, by pokazać niebiblijne nauki i niebiblijne życie. Właśnie też przez to wskazujemy na życie, do którego powołał nas Jezus.

Atmosferę serdeczności, która panuje w Grupie” pragniemy dzielić z każdym. Ale to wymaga odpowiedniej podstawy. Pojęcia „brat” i „siostra” nie są dla nas religijnymi frazesami, ale rzeczywistością, której codziennie doświadczamy, a także którą wyrażamy sobie poprzez przebywanie ze sobą nawzajem. Formalna uprzejmość jest nam obca, ale nie szacunek do osoby brata.

W jaki sposób gdzie indziej obchodzono się ze sferą prywatności (wcześniej w praktyce, teraz już tylko w pismach „świętych” założycieli zakonów), zilustruje nam krótki przykład:

Do posłania łóżka wystarczy mata, szorstkie prześcieradło, przykrycie i podgłówek. Łóżka te jednak opat powinien często przeglądać, czy nie znajdzie w nich jakiejś prywatnej własności mnicha. Gdyby u kogoś odkryto coś takiego, czego nie otrzymał on od opata, winny podlega bardzo ciężkiej karze. (Reguła św. Benedykta, rozdz. 55; http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/regula_osb_03.html, 2005)

5. „zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, ..., pełni wdzięczności.”
Odnośnie: „Wiara i usposobienie członka sekty”

Ten fragment opracowania G. Kluge wymagałby – zakładając obiektywnego autora – intensywnego przeprowadzenia wielu rozmów z osobami, o których pisze. Ale, że o tym w ogóle nie było mowy, rozdział ten z góry wypadł subiektywnie i spekulacyjnie.

Mimo to jest interesujące w jaki sposób G. Kluge rozdziela pojęcia „rozum” i „serce”, które w Biblii przedstawione są jako jedność. Zredukowana do życia uczuciowego interpretacja „serca” odpowiada dzisiejszemu subiektywizmowi, ale w żadnym przypadku nie pokrywa się z Biblią.

Smutnym faktem jest niestety to, że wiele ludzi znajduje ucieczkę w irracjonalizmie. Ale zarzut G. Kluge, że „chętnie uciekamy w racjonalność” i „próbujemy zrozumieć myśli i naukę przede wszystkim na płaszczyźnie logiki”, jest naprawdę zadziwiający. Czy powstrzymujemy ludzi od myślenia poprzez „kontrolę świadomości” czy uciekamy w racjonalność?

Taką sprzeczność można rozwiązać jedynie na płaszczyźnie irracjonalności.

Już przed wieloma laty jedna z katolickich organizacji wysunęła wobec nas zarzut, że „wprowadzamy ludzi w zamęt za pomocą logicznych argumentów”.

Również G. Kluge znalazł się na tej samej płaszczyźnie irracjonalności i braku logiki. My jednak nie zaprzestaniemy szukać i kochać Boga naszym rozumem.

Dla Boga intelektualni próżniacy nie są w niczym lepsi od innych próżniaków. Jeśli rozważasz, czy nie zostać chrześcijaninem, ostrzegam, że zabierasz się za coś, co obejmie cię całkowicie - umysł i całą resztę. Na szczęście działa to również w drugą stronę. Każdy, kto uczciwie stara się być chrześcijaninem, przekona się szybko, że jego inteligencja zaostrza się... (C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Poznań 2002, str. 82)

Co się tyczy naszego życia uczuciowego, to miłość do Boga i do braci prowadzi do zrównoważonego życia. Nie „boimy się prawdziwych uczuć”. Uczucia należą do życia, nie stanowią jednak głównego motywu w życiu chrześcijanina.

To, że staranie dla Boga ma absolutne pierwszeństwo, jest dla chrześcijanina czymś normalnym. W przeciwnym przypadku nie moglibyśmy się nazwać uczniami Jezusa. Ale tym, co nas motywuje, nie jest strach.

Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest, i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. My miłujemy, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4,17-19)

Słowami z Łk 9,62 Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego nie chciał Jezus nastraszyć, lecz zachęcić, aby poświęcić wszystkie nasze siły jedynemu celowi, który przetrwa. Czytanie takich słów nie dodaje nam strachu, lecz odwagi.

Jakie znaczenie jednak mają te słowa w założonych „kościołach”, w których przeważająca większość osób na pewno nie znajduje się w niebezpieczeństwie, by oglądać się wstecz, ponieważ swoim życiem w niczym nie odróżniają się od niewierzących i nie myślą w ogóle o tym, by przyłożyć rękę do pługa Bożego królestwa?

Czy G. Kluge mógłby powiedzieć o wszystkich swoich katolickich i ewangelickich braciach, że w ich życiu dominuje wielka powaga?

Jego komentarz można by rozumieć prawie jako pochwałę, ponieważ dobrze jest „starać się właściwie postępować”. Jednak poprzez stwierdzenie, że „ma się wrażenie, że wypowiada się tutaj kwestie wyuczone na pamięć”, wraca on znowu do standardowych zarzutów indoktrynacji i manipulacji.

Nie trzeba się dziwić, że „były członek” krytykuje życie wspólnoty. Który były katolik chwali swój ex-kościół? (również od wielu członków nie słyszy się nic innego jak tylko krytykę)

Akceptujemy to, jeżeli ktoś ma inne cele niż życie z Bogiem. My jednak nie znajdujemy naszego szczęścia w rzeczach przemijających.

To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. (2 Kor 4,18)

Nie traktujemy życia na ziemi jako kary, lecz jako przedsmak wiecznej chwały.

6. „Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi.” (Rz 12,18)
Odnośnie: „Stosunek do otoczenia”

Nasz stosunek do otoczenia zależy od naszego stosunku do Boga. Nie stosujemy żadnej separacji dla samej separacji. Uczestniczymy w życiu, w pracy, w szkołach, tak jak większość innych ludzi. Nasze „życie rodzinne” spędzamy oczywiście przede wszystkim z duchowymi braćmi i siostrami. Nie trzeba się dziwić, że mamy mniej wspólnego z tymi, którzy chcą iść inną drogą.

Wymaganie Jezusa, by zajmował On pierwsze miejsce w naszym życiu, niesie ze sobą konsekwencje. Niektórzy z nas doświadczyli realności słów Jezusa:

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. (Mt 10,34-36)

Oczywiście, że Jezus chciał przynieść pokój. Jednak odrzucenie wymagań Jezusa prowadzi wśród najbliższych krewnych do reakcji, których by się wcześniej po nich nie spodziewało. Ludzie, z którymi do tej pory można było żyć w pokoju, stali się brutalni. Niektórzy bracia musieli też tego doświadczyć.

Niestety również akurat „eksperci ds. sekt”, którzy zaszczepiają w ludziach irracjonalny strach, przyczynili się do takich agresywnych zachowań, chociaż sami odrzucają wszelką agresję.

Z pewnością jest to pocieszeniem, że można doświadczyć braterskiej wspólnoty, jeżeli ze strony własnej rodziny doznaje się odrzucenia czy nawet przemocy.

Nie ma się też co dziwić, że słabną uczucia do krewnych, którzy w taki sposób odsunęli się od chrześcijan.

Nie jest zgodne z prawdą, iż „żądaliśmy dość dużych sum pieniędzy na utrzymanie” . Rodzicom, którzy nie byli gotowi pokrywać kosztów kształcenia swoich dzieci, przypomniane zostały ich prawne zobowiązania. Nie ma też żadnego powodu, dla których chrześcijanin miałby rezygnować z prawnie należnego mu spadku. A może G. Kluge chciałby uzależnić prawo spadku od przynależności religijnej?

W licznych przypadkach, gdy rodzice uchylili się od swojej odpowiedzialności wobec dzieci - chrześcijan, utrzymywane były one i są przez wspólnotę (przede wszystkich z pieniędzy, które zarabia “starsze rodzeństwo”, a które G. Kluge posądza o chciwość pieniędzy).

Gdy Jezus powołał swoich uczniów – mówiąc słowami G. Kluge – „przerwali oni gwałtownie wcześniejsze czynności”. Przebywali razem z Jezusem oraz „skierowali swoje kontakty z otoczeniem głównie na misje i werbowanie nowych członków”. My robimy to samo, z tym, że wyrażenie „werbowanie nowych członków” dotyczy nas w tak samo małym stopniu, jak i dotyczyło pierwszych uczniów Jezusa.

Kiedy krewni Jezusa szukali Go, „negował on absolutnie dotychczasowe kontakty” - używając słów G. Kluge.

Tymczasem nadeszła Jego matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: Oto Twoja matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie. Opowiedział im: Któż jest moją matką i którzy są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła niego rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten mi jest bratem, siostrą i matką. (Mk 3,31-35)

Jesteśmy tam, gdzie jest nasz Pan oraz Jego bracia i siostry.

Na przekór wypowiedzi G. Kluge, otaczający nas świat interesuje nas nadal, widzimy go tylko nowymi oczami. To prawda, że rozmowy o piłce nożnej, muzyce rockowej i wyścigach samochodowych są dla nas „bardzo trudne”. Ale czy jest to szkodą? Właśnie mając za podstawę wiarę, mamy otwarte oczy i uszy na procesy zachodzące w świecie, w którym żyjemy. Poprzez wiarę zyskujemy również większą niezależność i nie jesteśmy bezkrytycznie nastawieni na trendy mody oraz tendencje społeczne. Odpieramy zarzut fanatyzmu i nietolerancji. Odnośnie tolerancji zajęliśmy stanowisko już powyżej (III.C). Fanatyzm - według Słownika współczesnego języka polskiego, Warszawa 1996 - „skrajny, bezkrytyczny, zwykle nietolerancyjny entuzjazm” jest przeciwieństwem stanowczości chrześcijanina. Nie idziemy ślepo za jakąś zagmatwaną ideą, ale za Jezusem, wykorzystując cały nasz umysł, „płomienni duchem” (Rz 12,11) i dlatego właśnie trzeźwi (1 P 1,13).

VI. „…i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi.” (Dz 1,8)
Odnośnie: „W jakich okolicach działa Grupa?”

W cytowanym powyżej fragmencie, Jezus zakreślił swoim uczniom geograficzny obszar ich działalności: „aż po krańce ziemi”.

Oczywiście znamy chrześcijan tylko na niewielkim terenie tego ogromnego obszaru. A ponieważ w przeciwieństwie do stwierdzenia G. Kluge, iż jakoby „granice organizacji są granicami prawdy”, wierzymy, że nie jesteśmy jedynymi chrześcijanami, można liczyć się z dalekosiężną działalnością „Grupy”, tzn. wspólnoty.

Z powodu ciągle powracających kampanii podżegawczych nie możemy tu podać do publicznej wiadomości listy znanych nam wspólnot. Jeżeli ktoś chciałby nas poznać, będziemy cieszyć się z każdej otrzymanej wiadomości (przez e-mail). Każdy, kto szuka Boga, obojętnie, gdzie by nie mieszkał, powinien mieć możliwość nawiązania kontaktu z chrześcijanami.

VII. „... lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka.” (2 Kor 4,2)
Odnośnie „Jak należy ocenić Grupę?”

G. Kluge wydał swój osąd: „Na podstawie ww. nieprzejrzystych symptomów można zakwalifikować Grupę Holic jako sektę i kult psychologiczny.”

Ponieważ jego osąd dotyczy nie istniejącej „Grupy Holic“, w zasadzie nie ma z nami nic wspólnego. Skoro jednak G. Kluge ma jednoznacznie na myśli wspólnotę chrześcijańską, postanowiliśmy się odnieść do jego oceny oraz podanego przez niego uzasadnienia.

Czym jest „sekta“? Co to znaczy „kult psychologiczny“?

Gdy w Biblii mowa jest o „sekcie nazarejczyków“ (Dz 24,5), słowo to użyte jest w znaczeniu „szkoła, stronnictwo“. Występujące tam w oryginale greckie słowo „hairesis” można znaleźć też w Dz 5,17, gdzie odnosi się do saduceuszy, czy w Dz 15,5 – do faryzeuszy, dwóch najważniejszych prądów judaizmu pierwszego wieku naszej ery.

W dzisiejszych czasach w zakresie pojęcia „sekta“ „brak jest ścisłej i spójnej terminologii”, panuje „zamieszanie pojęciowe, bez ostrych kryteriów i zasad kwalifikacji”, a „określenie sekty jest wieloznaczne i dlatego poszczególni autorzy (...) podają własne wyjaśnienia” (Raport o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce, MSWiA RP, Warszawa 2000, str. 11-12). Wśród specjalistów panuje jedność jedynie co do pochodzenia tego słowa: wywodzi się ono od łacińskiego sequor – „naśladować, iść, podążać za kimś”.

Pobieżny przegląd definicji pojęcia sekty mogą zaprezentować przykłady zebrane przez T. Palecznego (W poszukiwaniu utraconego raju, Kraków 1998). Próbując zdefiniować, czym jest sekta, pisze on:

Zbiorowość taka łączy w sobie cechy małej grupy wspólnotowej, pomimo dobrowolności akcesu odwołuje się do zasad pokrewieństwa, skupia jednostki niezadowolone z istniejącej doktryny religijnej, znajdujące w sobie dostatecznie dużo motywacji i odwagi aby sprzeciwić się powszechnie podzielanym normom. (...) W rozumieniu szerszym wyróżnia się taką formę życia zbiorowego w oparciu o kryterium „opozycji i przeciwstawienia w stosunku do reszty społeczeństwa lub społeczności, w której dana istnieje” (Sztumski 1994:9 ). (...)

W innym ujęciu, propagowanym przez Dominikańskie Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach w Polsce, wymieniane są trzy rodzaje definicji sekty: świeckie, chrześcijańskie i uniwersalne. Definicja świecka wywodząca się od łacińskiego cultus, „oznacza wszystko, co jest związane z nabożeństwem, rytuałem, uczuciem, liturgią i postawą człowieka. Definicja ta w rzeczywistości przedstawia to, co nazywamy wyznaniami lub kultami i sprowadza wszelkie ruchy religijne do miana sekty” (Groenveld 1996:1). Definicja chrześcijańska uznaje za sektę jakąś grupę, „która odchyliła się (zboczyła) od biblijnego, ortodoksyjnego, historycznego chrześcijaństwa /.../ Definicja ta obejmuje tylko te grupy, które są sektami wewnątrz chrześcijaństwa” (Groenveld 1996:2). Definicja uniwersalna określa mianem sekty grupę, „która posiada strukturę typu piramidowego, autorytarne kierownictwo, z całym nauczaniem i przewodnictwem pochodzącym od osoby/osób na szczycie hierarchii. (Groenveld 1996:2).

Jak zauważa T. Paleczny, ostatnia, uniwersalna [definicja] posiada najbardziej ogólny i uniwersalny charakter, przy czym grupą o strukturze piramidalnej może być też kościół katolicki, armia państwowa jak i partia polityczna.

Często słowa tego używa się w sensie socjologicznym na określenie grupy, która oddzieliła się od jakiejś większej społeczności religijnej, jak na przykład w definicji F. Valentin: sekta jest określeniem mniejszości zamykającej się w sobie (doktrynie lub praktyce), odchodzącej od większości, a tym samym zrywającej z nią. (za A. Posackim: Sekty, Nowe Ruchy Religijne, Psychokulty)

W kontekście tzw. wyznań chrześcijańskich termin „sekty“ rozumiany jest jako wspólnoty, które z tradycją chrześcijańską łączą w sposób znaczący pozabiblijne źródła prawdy i objawienia, oraz z reguły odrzucają stosunki ekumeniczne (Handbuch Religioese Gemeinschaften, hg. Horst Reller u.a., 4 Auflage 1993, S. 15 – tłum. wł.).

Podobnie inna pozycja (Jugendreligionen, Sekten, Destruktive Kulten, hg. Sozialwissenschaftliche Arbeitsgemeinschaft, 1997, S.12) opisuje znaki rozpoznawcze sekty:

o podłożu chrześcijańskim, z reguły jednak przeciwna ekumenizmowi, posiada pozabiblijne źródła objawienia, rości sobie prawo do absolutyzmu. (tłum. wł.)

Ta definicja dokładnie pasuje do „kościoła“ rzymsko-katolickiego w jego postaci sprzed II Soboru Watykańskiego. Po soborze zmienił się jeden punkt: ekumenizm uzyskał poparcie. Pozostałe punkty pozostały aktualne. W przeciwieństwie do katolicyzmu, my nie przyjmujemy jakichkolwiek pozabiblijnych źródeł prawd wiary. Z ruchem ekumenicznym nie możemy zgodzić się ze względu na zaniedbanie przezeń pytania o prawdę. Podpisujemy się zdecydowanie pod absolutyzmem chrześcijaństwa, takim, jakim go objawił Jezus (J 14,6). Według więc powyższej definicji organizacja rzymsko-katolicka zasługuje na miano sekty w stopniu, co najmniej nie mniejszym niż nasza wspólnota. Czy też kryterium ostatecznym jest liczba wyznawców i waga wpływów społecznych?

Ponieważ wokół terminu „sekta“ narosło wiele negatywnych skojarzeń, w jednym z raportów Rady Europy zaproponowano, aby w ogóle unikać używania tego pojęcia.

Oczywiście pozostaje jasne, iż dla władz państwowych użycie terminu „sekta“ jest bardzo kuszące, pod warunkiem, iż będzie on łatwy do zrozumienia dla każdego. Jednak, dobrą radą dla władz będzie rezygnacja z używania tego pojęcia, gdyż nie istnieje jego definicja prawna i posiada on nadzwyczaj pejoratywne konotacje. W świadomości ogółu obecnie sekta jest czymś ekstremalnie złym lub niebezpiecznym. (Council of Europe: Sect Report; AS/Jur 1998/38, akapit 14, tł. wł.)

Odnośnie zakwalifikowania nas jako „psychokultu”, posłużmy się następującą definicją „kultu”:

Kult to zachowanie danej grupy czy ruchu, które:

  1. otacza wielką i przesadną czcią daną osobę, ideę, bądź przedmiot;

  2. posługuje się programem rewolucjonizującym system myślenia, aby przekonać, sterować i socjalizować swoich członków (tj. sprawić, by przyswoili sobie swoisty wzór relacji, wierzeń, poglądów i praktyk grupy);

  3. systematycznie wzbudza w członkach stany psychicznej zależności;

  4. wykorzystuje członków do urzeczywistnienia celów przywódców

  5. oraz okazuje tendencję do wyrządzania szkód psychicznych członkom, ich rodzinom i ich otoczeniu.

(Jugendreligionen, Sekten, Destruktive Kulte, Hg. Sozialwissenschaftliche Arbeitsgemeinschaft, 1997, S.10; tłum. wł.)

Przeciwnicy chrześcijaństwa mogą nam zarzucać, że poprzez czczenie Jezusa jako Boga otaczamy go „przesadną czcią”. Pozostałe punkty tego katalogu nie dotyczą nas, co odnośnie punktu d) przyznaje nawet G. Kluge.

Zajmijmy się więc kryteriami, według których G. Kluge zaszufladkował nas jako „sektę” oraz „psychokult”.

Najpierw jednak wymienił on cztery punkty, które także jego zdaniem nie znajdują odniesienia do nas.

  1. nastawienie na zdobywanie pieniędzy dla prowadzącego i wynikające z tego wykorzystywanie członków

Ten punkt, mimo wszystko, jest jednym z najważniejszych kryteriów w opinii Stevena Hassana (patrz wyżej), po których można rozpoznać sektę totalitarną.

Chociaż G. Kluge uniewinnia nas co do tego punktu, my nie możemy powiedzieć tego samego o organizacji rzymsko-katolickiej, którą cechuje ów znak rozpoznawczy sekty. Nawet dzisiaj jeszcze w niektórych państwach wymaga się nawet od zupełnie nie zainteresowanych duchowymi treściami członków (w żaden sposób nie identyfikujących się z nauką tej organizacji), przymusowych opłat podatkowych, które w razie konieczności mogą być ściągane także z pomocą sił państwowych. Nawet komuś, kto nigdy nie wykazał najmniejszych oznak poczucia przynależności, sięga się do portfela. Z biegiem historii ta organizacja nagromadziła w wyniku wykorzystywania swoich członków potężne bogactwa.

  1. wyniosła postawa założyciela bądź aktualnego prowadzącego, który uważa się za pośrednika pomiędzy swoimi uczniami a Bogiem i jest czczony jako osoba kultowa

Przyznajemy się sami do tego punktu, nawet jeśli nie w dosłownym jego rozumieniu.

Nasz założyciel, i nie tylko obecny, ale wieczny przywódca, Mesjasz Jezus zajmuje wszechdominującą pozycję. Czcimy go jako Boga, do czego nie potrzebujemy jednak żadnego kultu, gdyż On sobie tego nie życzył. On jest jedynym pośrednikiem między Bogiem i ludźmi (1 Tm 2,5). Jemu oddajemy chwałę, która się Mu należy. On jest Panem. My jednak jesteśmy braćmi.

Przeciwnie organizacja rzymskokatolicka posiada przywódcę w formie osoby ludzkiej, którego czci pod nazwą „Ojca Świętego” (tytuł używany w Biblii jedynie w odniesieniu do Boga – J 17,11), oraz któremu przypisuje nieomylność w sprawach wiary i moralności.

  1. rozpowszechnione na całym świecie (również gospodarczym) imperium sekty z organizacjami maskującymi i podległymi

Królestwo Boże nie jest z tego świata (J 18,36). Z tego względu odrzucamy z gruntu jakiekolwiek zorganizowanie czy zinstytucjonalizowanie się.

Organizacja rzymskokatolicka natomiast jest integralną częścią bezbożnego systemu ekonomicznego, co raz po raz wychodzi na światło dzienne poprzez sporadyczne skandale. Jednak naszą krytykę chcemy oprzeć przede wszystkim na nauce. Ponieważ jednak G. Kluge wymienia ten punkt, chcemy wskazać na fakt, iż pasuje on do jego własnej organizacji.

  1. oczekiwanie zbliżającego się końca świata

Co do tego punktu, G. Kluge wycofał się z wcześniejszych zarzutów. Na ogół ta oznaka sekty nie występuje w dużych „kościołach”, jest jednak akceptowana w niektórych ruchach i stowarzyszeniach katolickich (o orientacji maryjnej) bez szufladkowania ich jako sekty.

Zanim G. Kluge przechodzi bezpośrednio do swoich zarzutów, stwierdza u nas „prawdziwe zainteresowanie religią” oraz „szczere zaangażowanie”, nie omieszkawszy przy tej okazji zaznaczyć, że jest ono fanatyczne.

Przejdźmy jednak do rzekomo występujących u nas „cech charakterystycznych dla sekt”:

a) absolutne zerwanie nowego członka z dotychczasowym środowiskiem

Tutaj musimy stwierdzić:

  • Chodzi nam jedynie o naśladowanie Jezusa, a nie o to, by kogoś wyrwać z jego dotychczasowego otoczenia. Oczywiście przyjęcie nowego celu w życiu prowadzi do nawiązania nowych kontaktów i do rozluźnienia tych dotychczasowych. Ale absolutne zerwanie z dotychczasowym środowiskiem nie jest i nigdy nie było naszym celem. Czasami jednak wrogie nastawienie członków rodziny prowadzi do tego, że faktycznie kontakt z nimi przestaje być możliwy. Takie zerwanie kontaktów jest jednak skutkiem odrzucenia przez dotychczasowe środowisko.

  • Ze słów Jezusa dowiadujemy się, że naśladowanie Go powinno mieć najwyższy priorytet, co prowadzi również do zrezygnowania z dotychczasowych kontaktów (Np.: Łk 9,57-62; 14,26-27).

  • To, co u nas poczytane jest za oznakę sekty, to w przypadku innych uznawane jest za wyraz świętości i zdecydowania. Kiedy Franciszek z Asyżu zerwał ze swoją rodziną w sposób, w jaki nie uczynił tego nikt z naszych braci, to czy należy z tego wnioskować, że przyłączył się on do totalitarnej sekty?

b) psychiczne manipulowanie nowym członkiem, m.in. przez wywoływanie strachu i poczucia winy, które powodują psychiczne zmiany i przyczyniają się do uzależnienia go w bardzo krótkim czasie

Ciężki zarzut – pozostawiony bez dowodów. Innymi słowy: oszczerstwo. Strach i poczucie winy nie mogą pozytywnie zmienić człowieka.

W naszym życiu doświadczamy zmiany, którą sprawia Jezus w tych, którzy Go naśladują. Biblia mówi, że w tych, którzy stają się chrześcijanami, dokonuje się wielka przemiana, która określana jest nawet jako narodzenie się na nowo.

Ta przemiana nigdy nie jest spowodowana strachem, oznacza ona uwolnienie się od winy i zależności. Jesteśmy zależni od Jezusa, ale akurat ta zależność sprawia w człowieku wielkie wyzwolenie i samodzielność.

Nie posługujemy się wywieraniem ukrytego nacisku. Kto wykorzystuje psychiczny nacisk, by kimś manipulować, ten nie ma nic wspólnego z chrześcijańską wspólnotą.

Niektórzy z naszych braci doświadczyli zresztą dość silnego psychicznego nacisku, z cielesnym znęcaniem się włącznie, ze strony ich rodziny, czy dotychczasowego środowiska religijnego. Od takich metod trzymaliśmy się zawsze z daleka i takiego nastawienia będziemy się też trzymali w przyszłości.

c) emocjonalna i materialna zależność członków od Grupy

Zarzut „zależności emocjonalnej” odnosi się w pewien sposób do każdej społeczności, w której się chętnie przebywa. Każda przyjacielska relacja wywołuje emocje. Ale czy jestem już „emocjonalnie zależny”, tylko dlatego, że chętnie przebywam z moimi przyjaciółmi? Czy mówi się o „emocjonalnej zależności”, gdy ktoś obiecuje swojej żonie wierność aż do śmierci?

Jest dla nas rzeczą całkiem oczywistą, że emocje nigdy nie mogą być podstawą trwałej wspólnoty. Z pewnością jesteśmy chętnie razem. Ale podstawy tej wspólnoty są racjonalnie zrozumiałe: objawienie Boże w Biblii, a w szczególności w Jezusie.

Tak, jak w przypadku samochodu, mało istotną rzeczą jest jego kolor i rodzaj pokrowców na fotele, a bardzo ważna jest jego funkcjonalność i moc silnika, tak samo w przypadku życia chrześcijanina małe znaczenie ma życie uczuciowe, a bardzo liczy się wiara oparta na biblijnej prawdzie. Miłość, którą okazujemy sobie nawzajem, wyraża się w większym stopniu w aktywnej służbie sobie nawzajem, niż w uczuciach.

Co G. Kluge miał na myśli pisząc o „zależności materialnej”? W pewnym sensie wspólnota mienia jest wzajemną zależnością. Funkcjonuje ona jednak tylko na bazie obopólnego zaufania i miłości. Nie opiera się ona natomiast na przepisach, które w razie konieczności egzekwowane są poprzez nałożenie sankcji (jak to ma miejsce w przypadku różnych reguł zakonnych – patrz wyżej – III.D.d) Nie jest to jednak jakaś zależność od anonimowej grupy, lecz dzielenie się dobrami materialnymi z dobrze znanymi nam braćmi, którzy nie żyją gdzieś w odosobnieniu, ale dzielą z nami swoje życie.

Jeżeli już mowa o zależności, to należy dodać, że to przede wszystkim starsi bracia są tymi, którzy przeznaczają swoje pieniądze na to, by młodsi bracia, których rodzice nie chcą wspierać finansowo, mogli zdobyć wykształcenie. Często niewierzący rodzice sądzą, że przez wstrzymanie pomocy finansowej swoim synom czy córkom, a więc przez wykorzystanie ich materialnej zależności od rodziców, będą mogli ich zmusić do zrezygnowania ze swojej wiary. Gdy wtedy inni bracia przychodzą z pomocą, to nie można tu mówić o budowaniu materialnej zależności. Zależy nam na samodzielności każdego brata. Bądź co bądź, nawet G. Kluge przyznaje, że nikogo nie wyzyskujemy. Raczej przeciwnie, dążymy do tej samej postawy, jaką miał Paweł wobec swoich młodszych braci, swoich „dzieci” w wierze:

Nie szukam bowiem tego, co wasze, ale was samych. Nie dzieci rodzicom winny gromadzić majętności, lecz rodzice dzieciom. (2 Kor 12,14b)

Jako wspólnota nie stanowimy żadnej osobowości prawnej i nie chcemy taką być, mimo że mogłoby nam to przynieść pewne korzyści finansowe, jak to jest praktykowane w różnych wspólnotach religijnych. Tak więc „Grupa” nie posiada żadnej własności. Wspólne mieszkania czy samochody powinny oficjalnie należeć do jak największej ilości osób. Braterska struktura wspólnoty powinna się również wyrażać w stosunkach własnościowych.

W przeciwieństwie do dobrowolnej wspólnoty mienia wśród chrześcijan, w niektórych religijnych grupach, przede wszystkim w kręgach katolickich, można znaleźć obowiązek przepisania całego swojego majątku na daną wspólnotę. Tu rzeczywiście tworzy się zależność materialną.

d) pierwszorzędne znaczenie Grupy, ograniczenie indywidualności i sfery prywatnej.

Każda forma życia wspólnotowego jest ograniczeniem „indywidualności i sfery prywatnej”, o ile jest to rzeczywiście wspólnotowe życie, a nie „odsiedzenie” cotygodniowej liturgii. Miłość przecież właśnie oznacza to, że nie żyję dla siebie i swoich pragnień, lecz poświęcam swoje życie braciom (1 J 3,16). Ale to „ograniczenie”, przez które w rzeczywistości wiele się zyskuje, nie jest utratą osobowości, lecz przeciwnie – właśnie przez poświęcenie się chrześcijanin może najbardziej rozwinąć swoje dary.

Pierwszorzędne znaczenie, o którym wspomniano wyżej, nie odnosi się do „Grupy”, ale do Jezusa, który nas powołał do wspólnoty. W każdym przypadku będziemy wystrzegać się przypisywania szczególnego znaczenia naszej konkretnej wspólnocie, tak jak to czyni rzymskokatolicka organizacja w swoich tekstach.

Święty Kościół Rzymski mocno wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto nie jest w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, albo heretycy i schizmatycy, nie mogą dostąpić żywota wiecznego; lecz pójdą w ogień wieczny ‘który zgotowany jest diabłu i aniołom jego’ (Mt 25:41), jeżeli przed końcem życia nie będą przyłączeni do niego (Kościoła)... (Sobór we Florencji, Dekret dla Jakobitów 1442)

Chodzi tu o „ostateczne, nieomylne stwierdzenie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła”, które na przekór wszystkim inaczej brzmiącym wypowiedziom ekumenicznym, obowiązuje do dzisiaj.

e) świadomość przynależności do elity, separacja Grupy od otoczenia („Granice organizacji są granicami prawdy”)

Tak, jak już to wyżej stwierdziliśmy (III.D.e), nie uważamy siebie za elitę, lecz po prostu za chrześcijan. Wewnątrz Bożej wspólnoty są bracia i siostry, a nie elita. Nie oddzielamy się od innych chrześcijan, nie wycofujemy się też z tego świata. Mamy jednak, tak jak pierwsi chrześcijanie, społeczność w wierze tylko z tymi, o których możemy wiedzieć, że są naszymi braćmi i siostrami w Panu.

Świadomość przynależności do elity” można jednak zauważyć w niektórych katolickich grupach, które wyraźnie chcą być „elitą”:

Chcesz być przeciętnym? Ty... jednym z wielu? Przecież zrodziłeś się po to, aby przewodzić! Wśród nas nie ma miejsca dla opieszałych. Ukórz się, a Chrystus wznieci w tobie na nowo ogień Miłości. (Josemaria Escriva, Droga, rozdz. Charakter, punkt 16, http://pl.escrivaworks.org/book/droga/punkty/16; 2005)

Zdanie „granice organizacji są granicami prawdy” nie ma zastosowania do nas. Prawda jest dla każdego objawiona w Biblii. W żadnym wypadku nie mamy tu monopolu, jak to przez długi czas (w zasadzie nawet do dzisiaj) „kościół” rzymsko-katolicki twierdził o sobie.

f) dualistyczny światopogląd (absolutny podział na dobro i zło) z wyraźnymi antagonizmami

Czynimy jasną różnicę między dobrem a złem, między prawdą a kłamstwem. Odnosi się to również do prywatnego życia, gdzie wszelkie kłamstwo jest nam obce, nawet jeśli przysparza nam to trudności w miejscu pracy. Ale czy ten jasny podział oznacza od razu dualistyczny światopogląd? Gdy Jan pisze w swoim liście (1 J 3,10) o dzieciach Boga i dzieciach diabła (wyrażenie, którego my, by uniknąć nieporozumień, nie używamy), to czy oznacza to, że był on dlatego dualistą?

Odrzucamy natomiast światopogląd, który wszystko wyjaśnia przez działanie wszechmocnego Boga lub prawie wszechmocnego szatana. Człowiek posiada wolność do niesienia odpowiedzialności, a nie jest – jak to wyraził Luter – podobny do konia, którego ujeżdża albo Bóg albo szatan. (M. Luter: O niewolnej woli, http://www.luteranie.pl/pl/index.php?D=241; 2007)

Posiadamy jednak „wyraźnego antagonistę”.

Naszym głównym wrogiem jest grzech, a szczególnie grzech wszystkich błędnych nauk, które wypaczają chrześcijaństwo. Nigdy natomiast nie widzimy ludzi jako naszych wrogów, choć oczywiście często musimy znosić ich wrogie nastawienie (również na skutek wrogiego nastawienia, jakie niektórzy „eksperci ds. sekt” poprzez swoją agitację rozpościerają na wszystkich, którzy nie należą do tradycyjnych wyznań).

g) negatywny światopogląd

Nasz pogląd na świat został wyjaśniony już we wcześniejszej części tego opracowania (III.C), dlatego nie ma potrzeby, by go tutaj powtarzać. Świat widzimy jako dobry twór Boga i doświadczamy też wiele radości na tym świecie. Dystansujemy się jedynie od grzechów, które poprzez niezależne decyzje ludzi, wiele zniszczyły w tym dobrym świecie.

h) obietnica zbawienia po podporządkowaniu się regułom Grupy. Jedyną możliwość zbawienia daje absolutne przejęcie modelu życia Grupy. Każdy inny styl życia odrzuca się jako absolutnie zły.

Nasze zbawienie zawdzięczamy Jezusowi, a nie naszemu stylowi życia. Styl życia jest praktyczną konsekwencją przyjęcia zbawienia. Odrzucamy każdy sposób na życie, który stoi w sprzeczności z Nowym Testamentem. Nie wynosimy jednak naszego sposobu życia do rangi „jedynej normy, która daje zbawienie”.

Ale właśnie rzymsko-katolicka organizacja była tą, która zbawienie uzależniała od „przynależności do grupy”:

...Toteż oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy, że posłuszeństwo Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia. (Breviarium Fidei, Poznań 1989, str. 62)

Katolicy oferują zbawienie również przez dokładne naśladowanie czynności rytualnych, które „Maryja” „objawiła” Łucji w Fatimie:

Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się Mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc ze wszystkimi łaskami tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia.

(Wizja Łucji z 10.12.1925r., http://www.watra.pl/kosciol/sanktuarium/lucja2005/22.html; 2005)

Nie ma to już nic wspólnego z chrześcijaństwem.

i) bardzo rygorystyczne wymagania moralne, nacisk na posłuszeństwo

Naszą miarą jest miara Jezusa, który stawia nam wymaganie, abyśmy byli tak doskonali, jak Ojciec niebieski (Mt 5,48). To wymaganie pozostanie zawsze miarą, nawet jeśli wiemy, że w tym ziemskim życiu możemy jedynie zbliżyć się do tej doskonałości, ale jej nie osiągniemy. Chcemy natomiast w naszym życiu podążać za tym celem. Ten cel najwyższej moralności jest zawsze połączony z miłosierdziem dla tych, którzy wprawdzie grzeszą, ale chcą walczyć. Dla ludzi, którzy chcą żyć w grzechu, nie ma miejsca w Bożej wspólnocie. Nie można tolerować grzechu, który rozprzestrzenia się jak kwas (1 Kor 5).

Posłuszeństwo jest podstawową cnotą chrześcijaństwa. Paweł pisze w Rz 1,5 o posłuszeństwie wierze. Zawsze bowiem chodzi o posłuszeństwo Bogu. Posłuszeństwo, które w katolickich wspólnotach zakonnych ślubowane jest opatowi czy przeorowi, wywyższa ludzi do pozycji, jaka należy się jedynie Bogu.

Posłużmy się przykładem, który wyszedł spod pióra „świętego” Ignacego Loyoli, założyciela Zakonu Jezuitów, a dotyczy absolutnego posłuszeństwa papieżowi i jego organizacji.

...tak byśmy się wszyscy usilnie o to starali, by niczego nie pominąć z doskonałości,... Wytrwale się też starajmy wszystkie nasze siły -zwrócić ku tej cnocie posłuszeństwa, okazując je przede wszystkim Ojcu Świętemu, a następnie Przełożonym Towarzystwa. ... a wszelkie zdanie i sąd nasz przeciwny opanowując ślepym niejako posłuszeństwem, i to we wszystkim, cokolwiek Przełożony zarządzi, a w czym nie można (jak powiedziano) stwierdzić jakiegoś grzechu. Niech każdy będzie przekonany, że ci co żyją pod posłuszeństwem powinni dać się prowadzić i kierować Opatrzności Bożej przez Przełożonych swoich zupełnie tak, jakby byli trupem, który się daje dokądkolwiek nosić i jak bądź ze sobą obchodzić się pozwala, albo jak laską starca, która w każdym miejscu i do każdej rzeczy służy do woli temu, kto ją trzyma w ręku.

(Ignacy Loyola, Konstytucje Towarzystwa Jezusowego wraz z przypisami Kongregacji Generalnej XXXIV oraz Normy Uzupełniające, Kraków – Warszawa 2001, str. 195-197)

Bądźcie posłuszni tak, jak posłuszne jest narzędzie w rękach artysty – nie zatrzymuje się, aby się zastanowić nad tym, co czyni i dlaczego – miejcie pewność, że nigdy nie powierzy się wam zadania, które nie byłoby słuszne i ku większej chwale Bożej. (Josemaria Escriva, Droga, rozdz. Posłuszeństwo, punkt 617, http://pl.escrivaworks.org/book/droga/punkty/617; 2005)

Posłuszeństwo..., oto najpewniejsza droga. – Ślepe posłuszeństwo przełożonemu... droga do świętości. – Posłuszeństwo w pracy apostolskiej... jest drogą jedyną,... (Josemaria Escriva, Droga, rozdz. Apostoł, punkt 941, http://pl.escrivaworks.org/book/droga/punkty/941; 2005)

Niech nieuprzedzony czytelnik sam zechce ocenić, gdzie można tu stwierdzić sekciarskie skłonności.

j) proroctwo złych skutków „odstępstwa”

Ostrzeżenia przed odejściem od wiary (odstępstwem) można znaleźć u wszystkich autorów Nowego Testamentu, tak więc z ust Jezusa w Mt 5,13; Mk 9,43-50; 13,13; Łk 19,11-26; J 15,2.6; dalej w Dz 20,30; u Pawła np. w 1 Tym 5,15; 2 Tym 2,12. Następnie w Hebr 3,13-14; 6,4-8 i 10,26-31 Barnaba mocno ostrzega przed niebezpieczeństwem odejścia. Również Jakub (1,13-15), Piotr (2 P 2,21-22), Jan (1 J 5,16; Obj 14,9-12; 21,8) i Juda (Jud 22.23) piszą o tym niebezpieczeństwie. Czy więc według miary pana Kluge Jezus i wszyscy autorzy NT byli sekciarzami?

Również w katolickich dogmatach występują groźby odstępstwa. We wspomnianej już wcześniej Apostolskiej Konstytucji Piusa XII „Munificentissimus Deus” z roku 1950, do odstępstwa wystarczają już wątpliwości odnośnie nauki o wniebowzięciu Marii do nieba:

Dlatego jeśliby ktoś, czego niech Bóg broni, odważyłby się temu zaprzeczyć albo dobrowolnie podawać w wątpliwość to, co zostało przez Nas zdefiniowane, niech wie, że odpadł od Boskiej i katolickiej wiary. (Breviarium Fidei, Poznań 1989, str. 278)

Czy także kościół katolicki jest sektą? Zresztą nauki, za odrzucenie których groziło odpadnięcie, nie mają pokrycia w Biblii.

W każdym razie, fałszowalibyśmy przesłanie Jezusa, gdybyśmy nie ostrzegali przed odejściem od wiary. Jednak proroctwa złych ziemskich skutków odstępstwa, które również S. Hassan w swojej książce wymienia jako oznaki „kultu”, są nam dalekie. Nie życzymy nikomu niczego złego. Smutne jest jednak, gdy widzi się, jak ludzie, którzy żyli już w głębokiej relacji z Bogiem, odrzucają od siebie źródło swego zbawienia (którym jest Chrystus, a nie wspólnota).

k) Kontakty z otoczeniem są naznaczone grupowym egoizmem. Służą one rekrutacji członków. Brak bezinteresownego zaangażowania na rzecz innych (działalność socjalna)

(tego punktu nie ma w WPL)

Gdy Paweł, w swej bezinteresownej miłości, poświęcał się misji, dla zdobycia ludzi dla Chrystusa i tym samym dla wspólnoty, to czy działał on pod wpływem „grupowego egoizmu”? Z tego co wiadomo, Paweł nie zajmował się też działalnością socjalną, lecz „rekrutował” nowych „członków” do chrześcijańskiej wspólnoty. Zbiórka dla świętych służyła też tylko „współczłonkom Grupy”. W taki mniej więcej sposób należałoby skrytykować Pawła zgodnie z miarą pana Kluge.

Największym skarbem, który otrzymaliśmy od Boga, jest Ewangelia, przesłanie, które wzywa ludzi ze śmierci do życia. I to przesłanie chcemy przekazywać innym, nie z powodu grupowego egoizmu, lecz po to, by dać ludziom możliwość udziału w wiecznym życiu z Chrystusem. Naszym celem jest, aby ludzie poznali Boga, a wspólnota z nimi jest rezultatem tego, ponieważ miłość do Boga prowadzi do miłości braterskiej i do wspólnoty.

Po życiu można przecież poznać, co jest dla człowieka najważniejsze.

Nacechowana grupowym egoizmem rekrutacja nowych członków” nie prowadzi do zmiany życia, nie prowadzi do zwycięstwa nad grzechem, nie prowadzi do bezinteresowności, prawdziwości i czystości, lecz chce za wszelką cenę zdobyć członków. Ale nawet G. Kluge przyznaje, że nie chodzi nam o to, by kogoś „zatrzymać za wszelką cenę”.

Podstawa, jaką jest nauka i prawda, musi pozostać nienaruszona.

Jak już wspomniano, niektóre katolickie organizacje (Np. Legion Maryi) odrzucają wszelką działalność socjalną, ponieważ uważają, że przeszkadza im to w wypełnianiu ich rzeczywistych zadań.

My nie odnosimy się w ten sposób do działań socjalnych, na szczęście jednak istnieje dzisiaj wiele organizacji, które troszczą się o wszelkiego rodzaju pomoc socjalną dla ludzi w potrzebie. Z drugiej strony bardzo mało jest pracowników w wielkiej winnicy Bożej, muszą więc oni skoncentrować się na tym, co najistotniejsze. Jeśli też „przy okazji” udzielamy pomocy socjalnej ludziom z poza wspólnoty, to nie widzimy w tym naszego głównego zadania.

Podsumowanie

Przy bliższej obserwacji okazuje się, że „nieprzejrzyste symptomy”, na podstawie których można zakwalifikować nas „jako sektę i kult psychologiczny” w większości są zupełnie nietrafne. Kryteria, które przynajmniej po części rzeczywiście pasują (punkty a, i, j), krytykują również biblijną prawdę jako sekciarską. W tym przypadku wolimy, by oczerniano nas jako sektę, niż gdybyśmy mieli odstąpić od biblijnej prawdy.

Ponadto wszystkie te symptomy występują w „kościele” rzymsko-katolickim lub przynajmniej w niektórych organizacjach, do niego należących. A ponieważ dodatkowo również cztery inne kryteria, od których „zwalnia” nas G. Kluge, trafnie odnoszą się do katolików lub ich organizacji, musiałby G. Kluge z dużo większą pewnością określić swoją własną organizację jako sektę.

Przeto nie możesz wymówić się od winy, człowiecze, kimkolwiek jesteś, gdy zabierasz się do sądzenia. W jakiej bowiem sprawie sądzisz drugiego, [w tej] sam na siebie wydajesz wyrok, bo ty czynisz to samo, co osądzasz. (Rz 2,1)

W tym kontekście chcielibyśmy przytoczyć odbiegająca od G. Kluge ocenę pewnego węgierskiego socjologa religii, który osobiście intensywnie zajmował się życiem węgierskich braci, i który mimo, iż w wielu punktach z nami się nie zgadza, doszedł do następujących wniosków:

...w żadnym przypadku nie można zaliczyć {ich działań} do uwłaczających godności człowieka i szkodliwych społecznie destruktywnych zjawisk religijnych. Nawet wówczas, jeśli ich pojedyncze zachowania – Np. misja podczas spotkań religijnych - są dyskusyjne. Ich na wysokim poziomie moralność, krytyczne spojrzenie, zasady wiary, systemy wartości i formy życia są oczywiście zarówno z teologicznego, jak i z psychologicznego oraz socjologicznego punktu widzenia sporne, ale całościowe potępienie ich, kwalifikuje takiego opiniodawcę negatywnie.

(Kamaras Istvan: A „Kersztenyek” /„Chrześcijanie”/, w książce „Kis magyar reliografia” /”Mała węgierska religiografia”/, Pecs 2003, str.273-299; tłum. wł.)

W dalszej części G. Kluge zgadza się w niektórych punktach z naszą „krytyką dotyczącą kościoła i świata”. Uważa również, iż „świecimy przykładem dzięki swemu zaangażowaniu i powadze w dążeniach do znalezienia właściwej drogi”. Ta pochwała stoi w pewnej sprzeczności z tym wszystkim, co wcześniej zostało skrytykowane.

Nagle „dążenie do bliskiej wspólnoty” staje się przykładem, a nie kontrolą świadomości. Chwali też naszą „gotowość do szerzenia wiary”, a w innym miejscu pisze o indoktrynacji.

Po tej krótkiej pochwale znowu wraca krytyka, „że ten tak dobrze rozwinięty system popada z jednej skrajności w drugą. System ten wspiera sztywne, formalne przestrzeganie przepisów prawa (faworyzuje jedną prawidłowość – błędne tłumaczenie w WPL), a zapomina o przesłaniu Jezusa”.

Każdy, kto nas zna, zobaczy, że nie realizujemy fanatycznie „w gruncie rzeczy pozytywnych założeń”, i że nie rozwinęliśmy jakiegoś systemu. Tak jak już wcześniej zostało wspomniane (III.B), zarzut legalizmu (sztywnego trzymania się przepisów prawa) nie pasuje do naszego życia.

Gdy G. Kluge porównuje nas z faryzeuszami z czasów Jezusa, znowu widać, że cztery wymienione przez niego punkty, nie mają zastosowania u nas, lecz dobrze pasują przynajmniej do niektórych części składowych organizacji, do której on sam również należy:

a) przesadne trzymanie się zasad i reguł, aby w ten sposób zapewnić sobie zbawienie

Jak już to wcześniej wyjaśniliśmy, nasze zbawienie jest w Jezusie. Nie opieramy się na jakichś zasadach i regułach. Naszym jedynym autorytetem jest Biblia (co również przyznaje nam G. Kluge). Jesteśmy tylko przekonani, że życie z wiary urzeczywistnia się w przestrzeganiu przykazań Jezusa, tak jak to On sam powiedział: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. (J 14,15)

b) wyniosłość wobec osób nie będących faryzeuszami i wobec grzeszników, których życie uznano za niezgodne z wolą Boską

Gdy G. Kluge przyznaje, że mamy silne pragnienie szerzenia wiary, to wynika z tego jednoznacznie, że właśnie chcemy troszczyć się o grzeszników, chcemy prowadzić ich do nawrócenia i nie pozwolić na to, by umarli w swoich grzechach. Faryzeusze w rzeczywistości nie głosili wiary: fragment z Mt 23,15 mówi o tym, że faryzeusze byli na tyle aktywni wśród bogobojnych pogan, że chcieli zobowiązać ich do wypełniania żydowskich przepisów prawa i faryzejskiej tradycji.

c) świadomość przynależności do wybranej elity

Nie mamy żadnej innej „świadomości bycia elitą” niż tą, że jesteśmy chrześcijanami oraz „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym” (1 P 2,9). Wśród chrześcijan nie istnieje i nie może istnieć żadna elita, w przeciwieństwie do niektórych katolickich grup, gdzie bardzo wspiera się świadomość przynależności do elity.

d) konsekwentne unikanie osób nie będących faryzeuszami, a szczególnie wzbranianie się przed kontaktem z grzesznikami

Powtarzanie tego zarzutu nie zmienia faktu, że jest on niesłuszny. Co prawda, rozgraniczamy jasno między chrześcijanami a nie-chrześcijanami i wiemy, że duchową wspólnotę możemy mieć tylko z chrześcijanami. Jednak nie uważamy nikogo za nieczystego i szanujemy każdego człowieka w jego godności, jak również zapraszamy każdego do przyjęcia zbawienia w Jezusie Chrystusie.

Niech każdy uważny i krytyczny czytelnik, który w opracowaniu G. Kluge nie znalazł „polemiki z nauką głoszoną przez Grupę”, czuje się serdecznie zaproszony, by niezależnie od tego opracowania stworzyć sobie własny obraz i by szukać kontaktu z chrześcijańską wspólnotą. Jesteśmy gotowi, by o wszystkim szczerze rozmawiać, a z zainteresowanym dzielić nie tylko Ewangelię, ale i nasze życie (1 Tes 2,8). Kto nie da się zastraszyć „ekspertom od sekt”, lecz będzie gotowy, by samemu wszystko sprawdzać, ten zobaczy, że „polemika z nauką” nie jest „sporem o interpretację tego lub innego fragmentu Biblii”, ale że chodzi po prostu o to, na ile jesteśmy gotowi, by również w dzisiejszych czasach traktować poważnie słowa Jezusa, by wyrwać się ze skostniałej skorupy i by wcielać w życie przesłanie oraz przykład Jezusa.

Nasz krytyk zwraca uwagę, by patrzeć na owoce. Kto dostrzega ten cały ogrom cierpienia i nieszczęścia, które właśnie katolicki „kościół” zgotował milionom ludzi, wszystkich torturowanych, męczonych i zamordowanych w imieniu chrześcijaństwa, wszystkich, którzy z powodu swojej wiary musieli opuścić ojczyznę, a swoje dzieci oddać katolickim rodzinom, kto widzi, jak również dzisiaj w katolickich organizacjach znieważane są prawa człowieka, jak w roku 2000 Pius IX – porywacz dzieci, zasiadający na tronie papieskim, człowiek, który wydawał wrogów politycznych na stracenie, a wolność religijną określał jako błędną drogę – został ogłoszony błogosławionym, a tym samym wzorem „szczęśliwego życia”, ten wie, gdzie są wilki w owczych skórach.

Oszczerstwa naszego krytyka nie przeszkodzą nam w tym, by żyć w wolności, którą nabył dla nas Chrystus przez swoje poświęcenie aż do śmierci włącznie, i by przekazywać tą wolność wszystkim ludziom. Nadal i niezmiennie będziemy angażować się w naprawianie świata, które polega właśnie na wolności nabytej przez wiarę.

VIII. „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, lecz wydajcie wyrok sprawiedliwy.” (J 7,24)
Odnośnie: „Co można zrobić?”

Co prawda, ten rozdział w opracowaniu G. Kluge już nas nie dotyczy, ale ponieważ również w tym rozdziale pojawiają się raz po raz najróżniejsze oszczerstwa, zajęcie stanowiska wydaje się też tutaj rzeczą konieczną.

Czego oczekujemy, jako chrześcijańska wspólnota, od obiektywnych czytelników, to:

Wszystko badajcie, a co szlachetne zachowujcie! (1 Tes 5,21)

Na tej podstawie jesteśmy gotowi na każdą rzeczową i otwartą dyskusję. Nie mamy nic do ukrycia. Oczekujemy tylko otwartości i gotowości do sprawdzania.

Cóż mamy czynić ? – to pytanie zadali też ludzie w Jerozolimie podczas święta Pięćdziesiątnicy w roku 30 (Dz 2,37). My możemy tylko powtórzyć odpowiedź Piotra:

Nawróćcie się i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego ! (Dz 2,38)

My uczyniliśmy ten krok (przy czym główny nacisk należy położyć na nawrócenie, chrzest jest natomiast tylko jego zewnętrznym znakiem). Kto chce dostąpić zbawienia, musi uczynić ten sam krok, musi zwrócić całe swoje życie ku Jezusowi i naśladować Go. To jest naszym celem i nic innego.

A.Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej...” (Flp 1,27)
Odnośnie: „Jak Grupa zapobiega ewentualnej krytyce?”

Zapobiegamy krytyce w ten sposób, że chcemy prowadzić życie godne Chrystusa.

O znaczeniu pojęcia „sekta” rozmawiamy we wspólnocie bardzo rzadko. Mamy inne zajęcia. Jest to bardzo smutne, jeżeli publicznie określa się nas ekstremalnie negatywnym pojęciem. Ale według Łk 6,22 jest to również powodem do radości:

Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne.

Dlatego nie ma tu powodu do „wybuchania strasznym gniewem, wręcz wściekłością”. Jeżeli bracia reagowali w taki sposób na oskarżenia innych, to nie było to właściwe ani zgodne z myślą Bożą i wspólnotą.

Chociaż wiemy o duchowej rzeczywistości szatana, który w jakiś sposób stoi za każdym –wrogim Bogu - działaniem, to jednak nie „fatygujemy” go. Również źli ludzie są odpowiedzialni za swoje postępowanie i nie są marionetkami w rękach szatana.

Gdy G. Kluge stwierdza, że „Grupa wolałaby raczej, aby powstałe problemy doprowadziły człowieka do samobójstwa”, to wynika z tego zarzut, że wolimy samobójstwo niż odejście. W ten sposób udałoby się naszemu krytykowi umieścić nas znowu w ramkach psychosekty. Ten zarzut jest nie tylko nieprawdziwy, ale i sprzeczny sam w sobie oraz nielogiczny, ponieważ samobójstwo jest grzechem, który zakłada odejście od Boga. Nie mamy też nic wspólnego z nauką, głoszoną często w kręgach wolnych kościołów, iż jakoby „grzech, który sprowadza śmierć” (1 J 5,16) oznaczał, że Bóg pozwala umrzeć chrześcijaninowi, który ciężko grzeszy, aby uchronić go w ten sposób przed odstępstwem. Dlatego też zdanie: „lepiej, żebym umarł, niż miałbym odstąpić od wiary”, zaprzecza zasadom chrześcijańskiej wspólnoty. Naszym celem jest zawsze czynienie tego, co najlepsze, aby podarować życie człowiekowi i je chronić, zarówno w duchowym, jak i fizycznym sensie. Duchowa śmierć jest w swoich skutkach nieskończenie gorsza niż śmierć fizyczna. Nikt nie może uniknąć śmierci fizycznej. Jako chrześcijanie mamy jednak nadzieję na życie wieczne, które zaczyna się już teraz. Jeżeli ktoś umiera duchowo, to znaczy z własnej woli niszczy swoją relację z Bogiem, wtedy nie ma już żadnej nadziei. To nie jest jednak jakaś nasza nauka, lecz jasna nauka Jezusa i apostołów (patrz wyżej – V.A.6., VII.j.).

B.Nie możemy niczego dokonać przeciwko prawdzie, lecz dla prawdy” (2 Kor 13,8)
Odnośnie: „Jak można się zachować?”

Zgadzamy się z G. Kluge, że najpierw należy podać informacje, „które dałyby osobie dotkniętej możliwość podjęcia własnej, odpowiedzialnej i swobodnej decyzji”. Informacje – a nie oszczerstwa. Na ile wiarygodnym źródłem jest ktoś taki jak Gerald Kluge, który nie szukał nigdy możliwości, by osobiście porozmawiać z tymi, o których pisze, a który swoje informacje uzyskał od osób, które ze względów osobistych były stronnicze? G. Kluge po raz pierwszy nawiązał z nami kontakt, kiedy w roku 2000 dowiedział się, że pracujemy nad sprostowaniem do jego pisma, a więc siedem lat po ukazaniu się pierwszego wydania jego broszury. Można by nam zresztą zarzucić, że reagujemy z siedmioletnim opóźnieniem. Jednak, przez to, iż nie mamy dostępu do prasy, radia czy wydawnictw, dopiero dzięki Internetowi mieliśmy możliwość, by publicznie zareagować.

Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły dotyczące propozycji G. Kluge, jak obchodzić się z „członkami”. Jedno tylko rzuca się w oczy, że w swojej „metodyce” nie porusza on w ogóle kwestii nauki, która jest przecież podstawą chrześcijańskiego życia. Zaleca on jedynie oddzielenie od „Grupy”, choćby „na chwilę”, poza tym raczej oparte na psychologii metody, jak „zaaranżowane rozmowy”.

Oczywiście nie brakuje tu również pewnych nieuczciwych chwytów, gdy pisze: „że normalny obywatel w przeciwieństwie do członka Grupy Holic też się czasem zastanawia nas sobą”, tak jak my byśmy się nad sobą nie zastanawiali. Jak dobrze byłoby, gdyby “normalni obywatele” zastanawiali się nad sobą i sprawdzali swoje drogi przez Boże Słowo. My wiemy, że stoimy przed Bogiem i jesteśmy odpowiedzialni za nasze postępowanie. W rozdziale V.B.2. znajduje się też poniższa krytyka: „z tej pozycji powątpiewa się ciągle w prawidłowość własnego postępowania, czy jest ono dopuszczalne, czy też jest grzechem”. Dla wyjaśnienia sprzeczności G. Kluge, należy stwierdzić: My zastanawiamy się nad sobą, nie w taki jednak sposób, jaki zarzuca nam G. Kluge w rozdziale V. Stałość w kwestiach wiary nie oznacza, że ktoś siebie nie sprawdza.

IX. „Jedni dali się przekonać o tym, co mówił, drudzy nie wierzyli”
(Dz 28,24)

Odnośnie: „Przykładowe relacje członków i ich bliskich“

Dla „zilustrowania“ swojego opracowania G. Kluge dołącza kilka „relacji członków i ich bliskich“. Również do tych tekstów chcielibyśmy się przynajmniej po części ustosunkować, jak również uzupełnić je dalszymi opisami.

  1. Odnośnie „Listu 22-letniego członka sekty do rodziców“

Pod tym tytułem G. Kluge opublikował dwa listy do rodziców napisane przez niemieckiego brata, które do pewnego stopnia zostały przekazane poprawnie. Opublikowanie tych listów nastąpiło bez zapytania autora o zgodę. Poprzez podanie niewłaściwego miejsca powstania listów (Węgry), przynajmniej jeden z ostatnich akapitów pierwszego listu został przedstawiony w całkowicie innym świetle. Źle poinformowany czytelnik odnosi wrażenie, że ów brat podlegał we wspólnocie pewnym przepisom dotyczącym postów, ponieważ do godz.11 nie wolno mu było nic jeść. W rzeczywistości brat ten napisał swój list w szpitalu, blisko swojego miejsca zamieszkania w Niemczech. Ponieważ rodzice owego brata byli w tym czasie w ścisłym kontakcie z G. Kluge, może chodzić tu jedynie o świadome i celowe wprowadzenie czytelników w błąd, które zostało usprawiedliwione pozornie niewinnym nagłówkiem „imiona i niektóre daty w tekście zostały zmienione“.

  1. Odnośnie „Relacji przyjaciółki o przynależności Beaty do sekty“

W odpowiedzi - stanowisko „Beaty“:

Chciałabym zaznaczyć, że właściwie nigdy nie miałam zamiaru, aby opublikować moje myśli i przeżycia, które miałam zanim poznałam wspólnotę oraz kiedy już ją znałam. Ale ponieważ „dzienniczek“ mojej byłej przyjaciółki oddaje bardzo zniekształcony obraz o mnie i o nas, jako o wspólnocie, chciałabym przedstawić tu moje własne stanowisko. Przy tym mam nadzieję, że poprzez wyjaśnienie kontekstu i tła wydarzeń, pomogę ludziom, którzy mnie nie znają, przejrzeć ten bardzo jednostronny opis mojej byłej przyjaciółki. Byłoby to jednak zbyt dużo, gdybym chciała się zagłębić we wszystkie szczegóły jej „relacji“, ponieważ wiele jej wypowiedzi jest związanych z naszymi wcześniejszymi rozmowami i doświadczeniami, których opis wykraczałby poza ramy tego opracowania.

Jest taka piosenka Manfreda Siebalda, w której są następujące słowa: „Wiele gwiazd na horyzoncie przyciąga mój wzrok, wskazują one na przestrzeń i każda z nich mi mówi, by iść jej drogą…“, a na końcu: „Niech całe moje życie będzie Twym domem, Ojcze, Twym domem, który budujesz dla siebie według Twojego planu…“ Te dwie zwrotki wyrażają dla mnie wyzwalającą przemianę, której doświadczyłam, gdy poznałam wspólnotę.

Moja była przyjaciółka pisze, że często zadawałam innym pytania. I ilu różnych ludzi pytałam o cel i sens życia, tyle różnych celów przedstawiono mi jako wartościowe – np. dobrze jest: uczyć się w szkole, grać na instrumentach – w tych rzeczach stawałam się coraz bardziej perfekcjonistyczna, planowałam mój dzień co do minuty, aby zrobić jak najwięcej z tego, co inni mi poradzili. Jednak zauważałam, że te wszystkie rzeczy, mimo że same w sobie nie są złe, nie mogą dać trwałego sensu. Dlatego właśnie, we wspomnianych w „relacji” przyjaciółki miesiącach – w styczniu i lutym, płakałam prawie codziennie, schudłam 10 kg – a więc stało się to ZANIM spotkałam wspólnotę.

Wydaje się jednak, że wiele osób potraktowało to poważnie, dopiero wtedy, gdy już byłam we wspólnocie...

Często nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Miałam bardzo głębokie zaufanie do Boga – wiedziałam, że tylko On może mi pomóc, a nie psycholog, do którego chciała wysłać mnie moja mama. I tak błagałam Boga, by ON pokazał mi drogę.

Od kilku już lat jeździłam w czasie ferii na ewangelickie zjazdy (trzy lub więcej dni, w czasie których mieszka się razem i codziennie przez jakiś czas rozmawia się o Biblii) i byłam bardzo wdzięczna za tą możliwość codziennego zajmowania się wiarą. W ostatnim czasie, każdego tygodnia, chodziłam do dwóch lub trzech grup młodzieżowych i pragnęłam codziennej wspólnoty z chrześcijanami. Myślałam wtedy, by zrealizować to razem z ludźmi, których znałam... ale bez zmiany priorytetów w życiu moim i moich przyjaciół, do niczego w rezultacie nie dochodziło. Prawie nie czytałam Biblii, jedynie ewangelickie wersety na każdy dzień (zeszyt zawierający po jednym wersecie ze Starego i Nowego Testamentu oraz krótką modlitwę na każdy dzień), w których czytałam co prawda o tym, że Bóg jest naszą pociechą i ucieczką, ale nic o tym, co jest najbardziej podstawowe: by zapierać się siebie, by stać się nowym człowiekiem i by naśladować Jezusa. Dlatego nawet nie oczekiwałam, że czytanie Biblii mogłoby podważyć moje życie i życie środowiska, w którym przebywałam.

Dopiero gdy poznałam wspólnotę, zaczęłam czytać Ewangelie i Listy (później również Stary Testament) takimi jakie one rzeczywiście są – to znaczy jako Księgi, które tworzą jedną całość, i których treść, cel i tło można zrozumieć wtedy, gdy czyta się je jako całość i kiedy człowiek stara się czynić to wszystko, tak aby stało się to rzeczywistością w jego życiu oraz kiedy szczerze ocenia siebie oraz tych, z którymi chce dzielić wiarę.

Dzięki temu moje życie z pewnością całkowicie się zmieniło. Wiele rzeczy odłożyłam na dalszy plan, z wielu bezsensownych całkiem zrezygnowałam po to, aby na nowo wykorzystać moje dary dla Boga ku Jego chwale, i aby nieść prawdziwą pomoc innym ludziom. Myślę, że tak dzieje się z każdym, kto przyjmuje wołanie Jezusa i Jego zbawienie. Bardzo szybko zobaczyłam też, że znalazłam wspólnotę, która jest zgodna z Bożą wolą i do której Bóg powołuje wszystkich ludzi oraz, że sama mogę żyć we wspólnocie, w codziennej miłości braterskiej i zapraszać do niej również innych ludzi.

O tym wszystkim chciałam opowiedzieć ludziom, którzy byli mi bliscy. Nie było to jednak takie łatwe. Mieszkałam dalej u moich rodziców, którzy zaczęli aranżować rozmowy z naszym pastorem, jak i z krewnymi, przez które byłam skonfrontowana z najróżniejszymi sposobami myślenia o Jezusie i o Biblii. Pewna pastorowa z naszej rodziny chciała mnie zapewnić, że tak i tak wszyscy ludzie na końcu dojdą do Boga. Inni uważali, że to wszystko jedno jaką religię się wyznaje lub nie uznawali Boga jako osoby i Stworzyciela. Ktoś inny napisał mi, że wierzy tylko w to, co mówił Jezus, ponieważ Paweł był wrogiem kobiet i w ogóle miał bardzo problematyczne poglądy. Dowiedziałam się też, jak niektórzy spędzają swój wolny czas – np. autorka „relacji” chodzi co tydzień na dyskoteki, choć wcześniej myślałam, że ona nie ma już czasu, by np. razem czytać Biblię...

Często powodowało to u mnie niepewność, myślałam, że nie będę mogła oprzeć się temu wszystkiemu – ale jednocześnie bardzo mocno wierzyłam w to, co czytałam – że Jezus jest drogą, prawdą i życiem (J 14,6). Wtedy próbowałam jak najmniej przytaczać moje własne opinie, bo myślałam, że gdy przeczytam lub zacytuję słowa Jezusa, to wtedy inni też to zrozumieją. Brałam też pod uwagę to, że u wielu ludzi panuje strach przed sektami, dlatego czytanie konkretnych fragmentów z Biblii oraz zapraszanie innych do wspólnoty widziałam jako dobrą możliwość, by inni sami to ocenili i widzieli, że to nie jest sekta.

Byłam bardzo rozczarowana, gdy wiele osób odrzucało moje propozycje, a tylko nieliczni byli gotowi wziąć Biblię do ręki. Na początku za mało to akceptowałam, za mało słuchałam w różnych sytuacjach albo byłam zbyt surowa. Myślałam, że muszę uważać, ponieważ widziałam, że wcześniej byłam bardzo zależna od różnych poglądów moich krewnych i znajomych.

Ale właśnie przez modlitwę i przez rozmowy z innymi we wspólnocie, również o moim niewłaściwym zachowaniu, jak również przez ich dobry przykład, mogłam się nauczyć, by dawać innym ludziom więcej wolności, by mieć do nich właściwy stosunek i by z miłością mówić o prawdzie (Ef 4,15). Tak, jak napisała moja była przyjaciółka, starałam się przepraszać za moje złe zachowanie, z powodu którego było mi też przykro. Moja powściągliwa postawa spowodowana tym, że nie chciałam wywierać na innych nacisku, a z drugiej strony nie chciałam już brać udziału w błahych rozmowach, była znowu interpretowana negatywnie...

Nikt mi wtedy nie powiedział, że mam bardzo duże źrenice - co według mojego zdania było aluzją, że jestem pod wpływem narkotyków. Jeżeli moja interpretacja jest słuszna, to jest to wielkie oszczerstwo, z którym nie mógłby się zgodzić nikt, kto nas choć trochę bliżej poznał. Wiele osób było nagle zatroskanych z powodu mojego stanu fizycznego, przy czym we wspólnocie nie miałam już żadnego powodu, by skupiać się na odchudzaniu i od pierwszego głębszego kontaktu ze wspólnotą, mogłam znowu dobrze spać...!

Wbrew obawom niektórych osób, zdałam maturę z dobrym wynikiem i mogłabym też studiować. Ale że studia nie były nigdy moim pragnieniem, zdobyłam zawód i mam teraz dobrą pracę, w której mogę we wzajemnym szacunku współpracować z wieloma nie-chrześcijanami.

Do dzisiaj dziękuję Bogu, że złączył On nasze drogi - moją i moich braci w wierze.

  1. Odnośnie „Relacji byłego członka Grupy (1989)” – z perspektywy innego członka wspólnoty z tego czasu.

Wspólnotę poznałam w lipcu 1989 podczas Dni Kościoła w Lipsku. W tamtym czasie w Niemczech (wówczas NRD) była tylko jedna dziewczyna (to jest - „były członek Grupy”) i dwóch Austriaków. Bardzo cieszyłam się z codziennej wspólnoty z nimi, do której już długo tęskniłam, lecz dotąd nie mogłam znaleźć takiej możliwości.

Dlatego jak najszybciej pojechałam do domu, aby opowiedzieć mojej rodzinie i przyjaciołom o moich nowych doświadczeniach. Niestety doznałam rozczarowania – oni nie chcieli takiego konsekwentnego chrześcijaństwa.

Dla mnie było to bardzo poważną sprawą, by żyć razem, naśladując Jezusa. Wcześniej zakładałam, że moja rodzina tak samo jak ja pragnie żyć w prawdzie i we wspólnocie, tylko że nie wiedzą, jak ma to wyglądać w praktyce. Okazało się jednak, że tak nie jest. Niestety, nie byli oni gotowi przyznać się do swoich grzechów – wieloletniej obojętności i dopasowywania się do tak zwanej pobożności tradycji kościelnej. Ani nie pragnęli, ani też nie wierzyli, że możliwe jest życie we wspólnocie, w braterskich relacjach. Z tego powodu nie oceniali ani siebie samych, ani innych tak zwanych chrześcijan.

Dlatego bardzo szybko oddzieliłam się od nich. Bez postawienia tej jasnej granicy, nie byłoby dla nikogo zrozumiałe, czym jest naśladowanie Jezusa i wspólnota. Chcieliśmy być światłem - razem z innymi i dla innych.

Również ja chciałam być dalej razem z tymi, którzy byli mi do tej pory bliscy. Jednak przyczyna tego podziału leżała po ich stronie. Oni nie chcieli wcielać w życie konsekwencji płynących z Bożego Słowa. To rozdzieliło nas – w myśleniu, w życiu i w wierze. Chciałam uszanować ich wybór, ale nie chciałam też, by zabrano mi moją wolność.

Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi, ale żaden z nich nie chciał tak żyć. Zamiast tego odrzucali nas jako „sektę”, ponieważ wystąpiliśmy z naszego kościoła, tak jakby to ewangelicka organizacja była podwaliną prawdy.

Ani moja przyjaciółka, ani ja, nie byłyśmy przygotowane na taki nacisk. Z tchórzostwa i strachu przed ciągłym odrzuceniem, odstąpiłyśmy od wymagań Jezusa. Zaakceptowałyśmy kościół jako organizację i niewidzialną wspólnotę, mimo iż wiedziałyśmy, że w Kościele mogą być tylko chrześcijanie. Przyjęłyśmy również obojętność tak zwanych chrześcijan jako ich słabość, dobrze wiedząc, że wiele z nich nie było w ogóle gotowych, by się zmienić. Nie chciałyśmy pogodzić się z tym, że jak tak mało chrześcijan, ani nie chciałyśmy być widziane jako pyszni faryzeusze, chociaż nie odmawiałyśmy żadnemu człowiekowi szansy na zbawienie. Nie chciałyśmy po prostu nieść tego napięcia, jakie się zrodziło między nami a naszymi wierzącymi krewnymi i przyjaciółmi. Ale wtedy nie uświadamiałyśmy sobie tego, myślałyśmy, że te wymagania są zbyt wysokie.

List i rozmowa z braćmi bardzo pomogły mi widzieć i ocenić przed Bogiem moje myślenie oraz postępowanie. Tak, jak to napisała moja przyjaciółka, bracia nie wywierali na nas nacisku (bo nie zależy im na tym, by ktoś się do nich po prostu przyłączył), ale mówili (a raczej pisali) bardzo jasno i otwarcie. Znowu, tak jak na początku, chciałam żyć razem z nimi, wspólnie naśladując Jezusa.

Odnośnie „Dodatku do relacji Kathariny Muller”

Pisze ona, że poprzez uświadomienie sobie skutków odejścia, toczy się w każdym ogromna wewnętrzna walka i że większość na końcu tego okresu przystępuje do wspólnoty. To związuje tę osobę ze wspólnotą i traci ona swoją osobowość.

Nikt z nas nie wymyślił sobie nauki o odpadnięciu od Boga (odejściu). Jest ona faktem, który można udowodnić, i o którym wyraźnie jest napisane w Biblii. Skutki odpadnięcia są równie wstrząsające jak konsekwencje tego, że ktoś nie wierzy w Boga. Nie jest to w porządku, aby z tego wyciągać wnioski, że przez tą naukę chcemy przywiązać ludzi do siebie. Własna osobowość doznaje cierpienia wtedy, gdy człowiek czyni coś, o czym wie, że jest niewłaściwe. Wewnętrzne walki mojej przyjaciółki nie skończyłyby się przyłączeniem do wspólnoty, ale jasną decyzją pójścia za Jezusem.

Formalna przynależność do wspólnoty nie daje gwarancji, że będzie się w niebie. Tak samo przyłączenie się bez zrozumienia czy przekonania, nie przyniesie ani wolności z przebaczenia, ani pokoju.

Poprzez decyzję przeciwko wspólnocie (a więc decyzję za „letnim” chrześcijaństwem) rodzi się oczywiście silny wewnętrzny konflikt, którego rzeczywiście nie można rozwiązać. Judasz też zwątpił w życie, gdy podjął decyzję, by zdradzić Jezusa.

Jeszcze jedno stanowisko do powyższej relacji:

W relacji byłego członka grupy z 1989r. wspomniano, że „istnieją dowody na to, że bierzemy pod uwagę samobójstwo człowieka, przeżywającego ten trudny okres (chodzi o wewnętrzne rozterki odnośnie niechęci przynależności do grupy)”.

Cytat: „Lepiej żeby umarł, niż miałby odstąpić. W tym momencie wychodzi na jaw całkowity brak litości u członków tej sekty”.

Nasza wspólnota zawsze jak najostrzej potępiała samobójstwo, dlatego w tej wypowiedzi nie mogło o to chodzić. Jest to sprzeczne samo w sobie, jeżeli ktoś wnioskuje z tego cytatu, że uznajemy samobójstwo za możliwe.

Zarzut braku litości, który nam postawiono, należałoby przenieść na Jezusa: Czy Jezus jest bezlitosny, gdy wymaga od nas bezwarunkowego naśladowania?

Czy Jezus jest niemiłosierny, gdy ludzie nie chcą Go rzeczywiście naśladować i przez to mają wyrzuty sumienia czy przechodzą kryzysy?

Czy winny jest Jezus, gdy Judasz, po zdradzie, wybrał samobójstwo i się powiesił?

Zdanie „Lepiej żeby umarł, niż miałby odstąpić” jest właściwe w pewnym kontekście, którego nie można pominąć.

Np. czy w czasie prześladowań słusznym jest zaprzeć się wiary, nawet jeżeli kosztuje to życie?

Najstraszniejsza rzecz, jakiej można doświadczyć, to gdy człowiek traci łaskę Bożą i na wieczność jest w piekle.

Życie jest darem Bożym. Nie mamy prawa, by je odbierać.

  1. Odnośnie „Fragmentów listu Grupy do byłych członków”.

Na szczęście pan Kluge przytoczył w całości list, który wcześniej zacytował tylko fragmentarycznie (choć o pozwolenie na to nigdy nas nie zapytał). Niestety jednak polski tłumacz tekstu nie zadał już sobie tego trudu, dlatego po polsku list ten przytoczony jest nadal tylko częściowo, co nadaje mu bardzo nieobiektywny, negatywny wydźwięk.

Ten list jest odpowiedzią na inny list. Z jego treści można jednak wywnioskować jakich kwestii dotyczył ten pierwszy. Polecamy czytelnikom, aby przyjrzeli się bliżej kontekstowi cytowanych tam fragmentów biblijnych i na tej podstawie ocenili ten list.

Te z pewnością twarde napomnienia zawarte w liście, tworzą nierozerwalną całość z pytaniami dotyczącymi nauki, jak i z bardzo konkretną sytuacją życiową. Nie chcieliśmy przyglądać się obojętnie sytuacji, w której drogie nam osoby, chciały opuścić drogę naśladowania Jezusa.

Według oceny G. Kluge należałoby również Barnabie, autorowi listu do Hebrajczyków, postawić zarzut stosowania psychicznego terroru. Wystarczyłoby zacytować niektóre wersety, jak np. Hbr 2,3a; 3,7-19; 4,12-13; 6,4-8; 10,25-31; 12,12-17; 12,29; 13,17 a całą resztę listu pominąć. Czy te ciągłe groźby odpadnięcia od Boga nie wywołują strachu? Barnaba „syn pocieszenia” (Dz 4,36) wiedział, że w sytuacji, gdy wspólnota była w dużym niebezpieczeństwie, również ostre słowa były stosowne. Bo właśnie przez to mógł wstrząsnąć braćmi, którzy stali na krawędzi chrześcijaństwa i uratować im życie.

W podobny sposób Jezus użył w Mt. 23 bardzo twardych słów, by pobudzić jeszcze niektórych zatwardziałych faryzeuszy do myślenia. Może niektórzy z nich odczuli to – używając dzisiejszej terminologii – jako psychiczny nacisk. Wiemy jednak, że Jezus uczynił to z miłości.

Gdy Paweł pisał do „nierozumnych Galatów” (Gal 3,1), to czy wywierał na nich nacisk?

Uważny czytelnik niemieckiego tekstu pana Kluge z pewnością zauważy, że większa część podkreślonych fragmentów to zacytowane wersety biblijne lub odniesienie ich do konkretnej sytuacji. Chcemy, by nasze napomnienia opierały się na Piśmie Świętym.

  1. Odnośnie „Doświadczeń saksońskiej rodziny ewangelickiej z członkami Grupy Holic”.

A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwego poznania Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi. Pełni są też wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości, niegodziwości... potwarcy, oszczercy, ... w tym, co złe – pomysłowi... (Rz 1,28-30)

Dla obiektywnego czytelnika nie jest czymś trudnym, by zauważyć w tym liście wewnętrzne sprzeczności, a przez to wypaczenie rzeczywistości oraz listę przypuszczeń, które stają się oszczerstwami i by ocenić motywy jego autora.

Jak to już wielokrotnie pisaliśmy, nie mamy żadnych szczególnych określeń czy nazwy i nigdy nie przedstawilibyśmy się jako prawdziwi wierzący.

Kłamstwem jest, jakoby Krajowy Urząd Kościelny zabronił nam „wygłaszania mów”. Nawet jeżeli w osobistych rozmowach z pastorami, czy prowadzącymi dochodziło do dyskusji na temat rozumienia Biblii i praktycznego jej zastosowania, to przy naszej ostatecznej decyzji o odejściu bardzo nas proszono, byśmy przemyśleli naszą decyzję, ponieważ nasza obecność była pobudką do nowych przemyśleń, a wraz z naszym odejściem zabrakłoby tego. Mimo naszej decyzji o wystąpieniu, zostaliśmy nawet listownie zaproszeni do dalszego brania udziału w spotkaniach.

Ten oszczerczy list pastora miał wywołać wrażenie, że odwiedzaliśmy raz po raz jego bezbronną żonę i zasypywaliśmy ją naszymi argumentami, mimo, iż ona odrzucała je jako niewłaściwe oraz jasno się od nich dystansowała.

Jaki był wtedy właściwie powód do rozmów?

Sytuacja wyglądała tak, że to właśnie żona pastora powiedziała nam, że cierpi z powodu stanu, w jakim się teraz znajduje. Widziała wyraźnie, że straciła wolność, którą miała wcześniej i poddała się naciskowi, by dopasować się do „wspólnoty”. Była obserwowana we wszystkim, co robiła. Słyszała na ulicy jak ludzie oceniali jej postępowanie. Jeżeli nie zachowałaby się odpowiednio do oczekiwań ludzi, nie byłaby, czy też razem z mężem nie byliby zaakceptowani przez tą „wspólnotę” jako pastor i pastorowa.

Ponadto narzekała, że obydwoje są przeciążeni i że pastorom stawia się zbyt wygórowane oczekiwania (odwiedzanie chorych, w niedziele kazania w różnych miejscach, obliczanie podatku kościelnego, nadzorowanie budowy, organizowanie świąt...).

Mogliśmy ją dobrze rozumieć i jasno powiedzieliśmy, że przyczyną tego nadmiernego obciążenia jest to, że struktura, którą przyjęli nie odpowiada biblijnej strukturze wspólnoty i dlatego doszło do takiej dysproporcji.

Nasza rozmowa była dobra, pożegnaliśmy się, a ona wyraziła wdzięczność za nasze myśli. Obiecaliśmy, że jak tylko będziemy mogli, to ją znowu odwiedzimy.

Można sobie oczywiście wyobrazić, że nasze odwiedziny wywołały nie tylko radość żony pastora, ale również silny sprzeciw z jego strony. Dlatego próbował on wszystkimi siłami nie dopuścić do kolejnego spotkania.

Fakt, iż nie chciała nam jasno powiedzieć, że nie chce się z nami więcej kontaktować, można zrozumieć również tak, że nie była w tym do końca przekonana. W przeciwnym razie, mogłaby to jasno wyrazić, gdy o to prosiliśmy.

Sama widziała, że jej życie nie odpowiada biblijnej prawdzie, ale nie miała odwagi zająć jasnego stanowiska przeciwko swojemu rozgniewanemu mężowi.

Jeżeli ktoś chce zasugerować swoim czytelnikom, że mowa jest o sekcie, to nie może pominąć pewnych aspektów. Gdy jednak brakuje na to faktów, to zaczynają się przypuszczenia i oszczerstwa.

Przypuszczałem, że są pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Być może był to rodzaj religijnego obłędu, zamroczenie umysłu lub po prostu choroba. ... Ponieważ mamy trójkę małych dzieci, postanowiliśmy nie wdawać się w dyskusje.... a w międzyczasie spodziewaliśmy się po nich porwania dzieci i szantażu.”

Ów pastor nie wzbraniał się również przed wymyślaniem kłamliwych historii, by uczynić swoje opowiadanie bardziej pasjonującym. W każdym razie, w poniedziałek nie było żadnego telefonu z zapowiedzią odwiedzin, ponieważ - jak pastor sam słusznie zauważył - w ciągu tygodnia pracujemy. Dlatego nie doszło też do domniemanego spotkania.

Tak samo historia o sąsiadce, którą terroryzowaliśmy przez telefon, jest czystym urojeniem.

Jezus powiedział, że każdy, kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18,37b). Z tym zaufaniem, że każdy może rozpoznać prawdę i żyć według niej, nawołujemy ludzi do naśladowania Chrystusa. Dlatego chcielibyśmy w tym miejscu jasno zaznaczyć, że zależy nam bardzo na tym, aby pozostawić każdemu wolność w jego decyzji. Z drugiej strony chcemy też pomagać w tym, by każdy mógł swobodnie wyrażać swoje stanowisko na temat wiary.

X. „Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!” (1 Tes 5,21)
Uwagi końcowe

Jesteśmy otwarci na rozmowę o treści naszej nauki i naszego życia. Cieszymy się z każdego, kto chce sprawdzać naszą naukę na podstawie Pisma Świętego i zapraszamy każdego, by podzielił się z nami swoimi myślami. Każda poważna krytyka może nam tylko pomóc w dalszym poznawaniu Boga, który objawił swoją wieczną istotę przez to, że Jego Syn stał się człowiekiem, a którego naśladowanie jest naszym najwyższym celem.

Copyright © 2001 Josef Aufreiter
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Niniejsze opracowanie (ani żadna jego część) nie może być wykorzystane w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora.



1 fundamentalizm – ruch w protestantyzmie, rzekomo ściśle opierający się na Biblii, który sprzeciwia się krytyce biblijnej i współczesnym naukom przyrodniczym

2 kazuistyka – metoda formułowania przepisów, oparta bardziej na przewidywaniu szczegółowych wypadków, niż na wytyczaniu ogólnych zasad

3 ksenofobia - niechętny, wrogi stosunek do cudzoziemców i cudzoziemszczyzny

4 Tautologia - wypowiedź, w której występuje określenie nie wnoszące nic nowego w stosunku do tego, co jest przez nie określone

5 Qumran - żydowska elitarna wspólnota religijna współczesna Jezusowi, żyjąca w odosobnionej osadzie na Pustyni Judzkiej i kierująca się bardzo surową regułą

6 Prawosławie – dosł. tłumaczenie z gr. orthos + doxa, “właściwa chwała”, sławienie Boga wiarą taką, jaka być powinna

7 nabożeństwo- słowu nabożeństwo odpowiada niem. Gottesdienst, czy ang. (divine) service lub worship, które to słowa oznaczają służbę, cześć oddaną Bogu, z gr. leiturgeia (służba)



[strona startowa] [początek strony]

U P